Tinghir – kraina oaz w Maroku

Tinghir – kraina oaz w Maroku

Tinghir był na dobrą sprawę moim pierwszym przystankiem w „prawdziwej” podróży po Maroku. Wcześniejsze destynacje – Fez, Marrakesz i Essaouira – to typowe turystyczne kierunki z tłumami turystów z każdego zakątka świata. Próżno w tych miastach szukać marokańskiej życzliwości i marokańskiego ducha. Chciałam egzotyki i odmienności, a nie wykrzykiwania co chwilę „English, Deutsch, Polska”.

 

Tinghir nie jest zbyt znanym miastem i mało który przewodnik poświęca mu choć odrobinę uwagi. Ja też nie zamierzałam tu zawitać, ale zostałam przekonana przez pewnego Marokańczyka, który polecał to miejsce zamiast Ouarzazate. Choć nie ma w nim żadnych atrakcji prócz souku dla kobiet, to jego najbliższa okolica jest naprawdę zachwycająca i godna uwagi. Miasto jest usytuowane między Atlasem Wysokim a Niskim i otoczone licznymi oazami. Są one nawadniane przez sieć kanałów irygacyjnych, bowiem deszcz pada tu tylko kilka dni w roku. Skupiska drzew palmowych ciągną się na obszarze 48 km, stanowiąc zielone wysepki na tle wypalonej przez słońce ziemi w kolorze żółto-pomarańczowo-rdzawym. Ja, miłośniczka rozległych, pustych przestrzeni, byłam więc zachwycona.

 

Maroko prowincjonalne

W Tinghir miałam okazję w końcu zobaczyć prawdziwe oblicze Maroka, a na dodatek byłam tam jedynym turystą. Jeśli ktoś mnie zaczepiał, to tylko po to, aby powiedzieć „bonjour” i ça va?”, co było bardzo miłe. Wróciłam tu także do mojego standardowego sposobu podróżowania, czyli szukania noclegu już na miejscu, a nie rezerwowania czegoś z wyprzedzeniem. Weszłam więc do pierwszego z brzegu hotelu, aby zapytać o cenę za jedną noc. Choć przybytek nazwany Timbuktu nie wyglądał zbyt ekskluzywnie – przypominał raczej betonową norę – recepcjonista podał cenę 450 Dh. Mimo że byłam na zupełnej prowincji, z dala od Marrakeszu i Fezu, cena okazała się dwa razy wyższa niż w obu tych miastach.

Niezrażona poszłam szukać szczęścia gdzie indziej. Wówczas zdarzyło się to, co zdarza się prawie zawsze, kiedy samotna dziewczyna snuje się z plecakiem w mało turystycznym mieście. Pojawia się chciany-niechciany wybawiciel, który pomaga znaleźć hotel, a potem oferuje wspólne zwiedzanie. Tylko że w Maroku takie osoby naprawdę są przewodnikami i z tego żyją, przy okazji znając co najmniej pięć różnych języków obcych, w tym chiński. Oczywiście że są bardzo pomocni, z nimi nikt mnie nie oszuka, znają miasto oraz jego bliższą i dalszą okolicę, ale są też uciążliwi, nie odstępują Cię na krok i trudno ich zbyć.

Mój chciany-niechciany wybawiciel od razu zaoferował mi wycieczkę do wąwozu Todra za 150 Dh. Do tego należało doliczyć jeszcze koszt jedzenia dla nas dwojga, które zabierzemy ze sobą, i cenę taksówki w jedną stronę, bo w drugą mieliśmy wracać na piechotę. Kwota wydała mi się nieco na wyrost, a nie bardzo wiedziałam, jak mu uprzejmie odmówić. Pomógł mi przecież znaleźć hotel, pokazał miasto i opowiedział o tutejszych Berberach. Byłam mu ogromnie wdzięczna, ale też nie chciałam dać się naciągnąć, woląc odwiedzić wąwóz na własną rękę. W końcu z niemałym trudem przełamałam się i powiedziałam to, co zawsze mówię w takich przypadkach – że chcę być niezależna w czasie moich podróży i bardzo dziękuję za dotychczasową pomoc. Poskutkowało, ale następnego dnia znowu na niego trafiłam. Cóż, urok małego miasteczka.

 

Tinghir – mekka Berberów

Tinghir był jednocześnie pierwszym, niemal całkowicie berberyjskim miastem, jakie odwiedziłam. Na ulicach słychać tylko język berberyjski. W kawiarniach i na targu tylko Berberzy lub osoby o mieszanych korzeniach, np. matka Berberyjka i ojciec Arab. A w jaki sposób odróżnić Berbera od Araba? Jak wytłumaczył mi mój berberyjski znajomy z Merzouga – Arabowie są jak koń arabski, czyli smukli i mają małą buzię. Z kolei Berberowie mają pełne, okrągłe twarze. A czy język berberyjski różni się od arabskiego? Tak i to dość diametralnie. Przede wszystkim w zapisie.

Berberyjski alfabet jest naprawdę przedziwny i wygląda trochę jak piktogramy lub pierwsze dziecięce bazgroły. A przynajmniej takie litery widziałam w książce dla dzieci u berberyjskiej rodziny, u której miałam okazję się zatrzymać. Prócz tego arabski ma 28 znaków, a berberyjski 31. W arabskim pisze się od prawej do lewej, a w berberyjskim od lewej do prawej. A czy trudno się go nauczyć? Pewna Francuzka opanowała go w trzy miesiące, przebywając wyłącznie z dziećmi i kobietami. Zdecydowana większość Berberów zna go tylko w mowie i nie umie pisać ani czytać. Warto podkreślić, że berberyjski pojawił się w marokańskich szkołach dopiero w 2010 roku na wniosek króla Mohammeda VI.

 

Uroki małomiasteczkowości

Jeśli mam do czynienia z małym miasteczkiem, o skromnych walorach kulturowych i bez żadnych zabytków lub większych osobliwości do zobaczenia, wszystkie te braki rekompensują mi spotkania z mieszkańcami oraz chłonięcie lokalnej atmosfery. To duże ciekawsze i bardziej pouczające niż oglądanie atrakcji polecanych przez przewodniki. Dlatego opowiem Wam historię najlepszej kolacji, jaką miałam okazję zjeść w Maroku. Ceny posiłków w restauracjach w Tinghir były dwa razy droższe niż w Fezie czy Marrakeszu ze względu na koszty transportu warzyw i owoców. A couscous serwowano tylko raz w tygodniu i tym dniem był piątek. Zrezygnowałam więc z kolacji w lokalnej restauracji (choć nie była to żadna fikuśna, elegancka knajpa) i poszłam na bazar w poszukiwaniu pierwszego, w miarę higienicznego baru.

Gdy go znalazłam, weszłam do środka i zapytałam, czy można w nim coś zjeść. W tym momencie skupiłam na sobie kilkanaście par męskich oczu, które przyglądały mi się z zaciekawieniem, by nie powiedzieć z dużym zdziwieniem. Bo co biała, a na dodatek kobieca twarz może robić w takim obskurnym miejscu, w którym hurtowo pali się papierosy i ogląda mecze europejskiej piłki nożnej? Równie zaskoczony barman odpowiedział, że mogę zjeść w kuchni przed lokalem. Obsługiwał ją miły pan, który na swoim stanowisku miał porozstawiane mniejsze i większe garnki kryjące różnorakie składniki. Jednak mało to wszystko wyglądało higienicznie, podobnie jak mój stoliczek. Ale nie przyjechałam z Francji, więc otoczka nie miała dla mnie zbytniego znaczenia.

Gdy zajęłam miejsce, kucharz przyniósł mi sztućce i serwetki, a właściwie pocięte w kawałki papiery. Było już ciemno, więc nie sprawdzałam czystości widelca, a te potrafią w Maroku nosić ślady posiłków sprzed kilku tygodni. To dlatego, że tu mało kto korzysta z widelca. Marokańczycy jedzą rękami, od czasu do czasu posiłkując się chlebem, którym nabierają płynne składniki. Moje danie (wegetariański tajine) zostało podane w tradycyjnym glinianym naczyniu, a gdy kucharz zdjął górną pokrywkę, jeszcze bulgotało. Widząc moją radość, sam też się uśmiechnął i życzył smacznego. A w smaku – no cóż… Jak wspomniałam, to był najlepszy posiłek, jaki jadłam w Maroku. Nie wiem, co w nim było i  chyba nie chcę za bardzo wiedzieć, ale całość smakowała wybornie. Zdjęcie znajduje się w galerii poniżej.

Tinghir maroko

Grudzień 2014 r.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *