Rok 2020 nie był taki zły

rok 2020

Rok 2020 był dla każdego zupełnie inny. Dla mnie zaskakująco szczęśliwy, gdyż ani ja, ani nikt z moich najbliższych nie stracił pracy, zdrowia lub życia z powodu koronawirusa. Wystawił nas jednak na próbę, odebrał drobne i większe przyjemności, czasem przewartościował ideały i kazał rozpoczynać wszystko od nowa. Obnażył też coraz bardziej panoszącą się bezmyślność, zaczynając od wojen o noszenie maseczek, a na antyszczepionkowcach kończąc.

 

Mi miniony rok przede wszystkim uświadomił, że warto cieszyć się z małych rzeczy. Takich jak możliwość swobodnego wyjścia z domu, przytulenie kogoś bliskiego, brak kolejek do supermarketu, zjedzenie ciastka w kawiarni czy wejście na pokład samolotu. Pozostałe nieoczywiste i pozytywne przemyślenia związane z rokiem 2020 przedstawiam poniżej.

 

Wycieczki po okolicy

Najbardziej dotkliwym ograniczeniem związanym z pandemią był dla wielu osób zakaz podróżowania i wynikające z tego zawirowania z odwołanymi lotami. Nie należę do osób, które robią sobie plan podróży na cały rok i wykupują zawczasu bilety. Dlatego to nie było moje największe zmartwienie. Jedyny lot, który miałam zagrożony, to Wiedeń na początku kwietnia. Przełożyłam go bez problemu na początek września. Ale nic to nie dało, bo w tym czasie wypadła mi niespodziewana operacja i ostatecznie nie poleciałam. Dopiero 4 dni później LOT wprowadził na stałe darmową możliwość zmiany terminu lotu.

Zamiast rozpaczać, że w tym roku nie pojadę na długie wakacje, postanowiłam cieszyć się z tego, że mogę wychodzić z domu o dowolnej porze i w dowolnym celu. Należę do osób przestrzegających zasad, więc gdy kazali siedzieć nam w domach, to siedziałam. Gdy kazali biegać w maseczkach, to biegałam. Kwietniowy lockdown był dla mnie trudnym czasem. Zniesienie obostrzeń przyjęłam z wielką ulgą, a pierwszy bieg bez maseczki wiązał się z falą endorfin wypełniającą moje ciało.

Początkowo nikt nie wiedział, czy w tym roku będziemy mogli gdziekolwiek podróżować. Ja wieściłam upadek linii lotniczych, szalony wzrost cen biletów samolotowych i turystyczną drożyznę. Na szczęście do tego nie doszło. W 2020 roku udało się mi jechać dwa razy na tygodniowe wakacje. Najpierw do Karpacza, a następnie na Santorini. Brak dłuższego urlopu (zdaniem psychologów idealny trwa 3 tygodnie) odbił się na poziomie mojego zresetowania i odpoczynku, ale i tak czuję się szczęściarą, że mogłam w ogóle gdzieś pojechać.

Poza tym eksplorowałam to, co było w moim zasięgu bez posiadania samochodu i prawa jazdy. Przede wszystkim na rowerze. Jeździłam godzinami i w każdej wolnej chwili, wykręcając mój rowerowy rekord w liczbie przejechanych kilometrów. Moim jedynym zmartwieniem był nacierający deszczowy front. Niestety ze względu na operację cały wrzesień miałam sportowo wyłączony. W czasie rowerowych wycieczek po Warszawie odkryłam m.in. rewelacyjną, dziką i nieuczęszczaną ścieżkę nad Wisłą oraz Plażę Romantyczną, na której niejednokrotnie oglądałam zachody słońca. I muszę przyznać, że były lepsze niż na Santorini ;)

 

To nie Amazonka, a torfowisko pod Otwockiem

 

To nie Wersal, a pałac w Otwocku. Dziś liceum ogólnokształcące

 

Jeśli jest środa, to zwiedzam pałac w Jabłonnej.

 

Każda plaża jest dobra, o ile jest piaszczysta. Ta znajduje się nad Wisłą. I była tylko dla mnie :)

 

Miałam być w Wiedniu, by podziwiać secesyjną architekturę, ale nie dotarłam. Zamiast tego spacerowałam po warszawskiej Saskiej Kępie, wypatrując przejawów modernizmu i art déco.

 

Odkrywanie Warszawy z zupełnie innej perspektywy

 

Warszawskie zachody słońca były niejednokrotnie ładniejsze niż na Santorini.

 

Praca zdalna ma sens

Od marca pracuję w trybie zdalnym i czuję się w związku z tym bardzo uprzywilejowana. Praca zdalna ma swoich przeciwników, przede wszystkim wśród szefów, którzy w Polsce wciąż wychodzą z założenia, że pańskie oko konia tuczy. Ja należę do jej entuzjastów, bo w moim przypadku jest bardziej produktywna. Mam ciszę i spokój, których potrzebuję do wykonywania zawodowych obowiązków. Do tego mogę pracować o dowolnej porze, bez konieczności ciągania ze sobą laptopa, oraz robić przerwy w ciągu dnia, by poczytać książkę na balkonie lub zjeść obiad w promieniach słońca. Niebagatelną zaletą pracy zdalnej jest również to, że lepiej się wysypiamy i jesteśmy dzięki temu bardziej wypoczęci.

Jeśli praca zdalna na dobre zakorzeni się w Polsce i na świecie, może zupełnie zmienić rynek pracy. Zamiast przenosić się do innego miasta lub kraju, możemy być pracownikiem na odległość. Oczywiście dotyczy to przede wszystkim zawodów biurowych. Z mobilnością geograficzną w zakresie szukania pracy zawsze było w Polsce nie najlepiej. Ceny wynajmu mieszkań w największych ośrodkach były barierą dla wielu ludzi, którzy pochodzą z małych miejscowości i założyli już tam rodziny. Dlatego musieli szukać gorzej płatnej pracy na lokalnym rynku.

Do niedawna szukając zatrudnienia w innym mieście czy kraju, dobrze było mieć lokalny adres. Zwłaszcza w krajach Europy Zachodniej stanowiło to potwierdzenie, że taki kandydat jest godny zaufania. A teraz? Jeśli przyzwolenie pracodawców na pracę zdalną nie minie, być może już nie będziemy musieli przeprowadzać się do Londynu czy Warszawy, by znaleźć wymarzoną pracę. Dla mnie to jedna z szans na wyrównanie różnic społecznych.

 

Brak toksycznego towarzystwa

Pandemia, zamykając nas w domach i ograniczając kontakty społeczne, stała się katorgą. Ale też działała jak papierek lakmusowy, sprawdzając jakość naszych związków i relacji rodzinnych. Do niedawna narzekaliśmy, że mamy za mało czasu dla żony, męża czy dzieci. Ale gdy znaleźliśmy się z nimi zamknięci w czterech ścianach, nagle okazało się, że mówimy dość po jednym dniu. Dzieci wchodziły na głowę, a z drugą połówką trudno się dogadać. To był czas testowania siebie nawzajem i szukania kompromisów. Mój kolega z pracy stwierdził, że po zamknięciu się w domu z dziewczyną na czas lockdownu w końcu mógł stwierdzić, czy to ta jedyna. Z próby oboje wyszli zwycięsko :).

Inny pozytywny aspekt pandemii to odcięcie się od niechcianych znajomych, irytujących kolegów z pracy czy członków rodziny. Nie trzeba już szukać wymówek, dlaczego dziś nie wyjdziemy na piwo z kumplem, który jest zainteresowany tylko sobą i opowiadaniem, co u niego. Nie musimy jechać na rodzinny obiad do teściowej, z którą nie mamy dobrych relacji. Szaleje przecież koronawirus, a my nie chcemy nikogo narażać. Prawda jest taka, że wiele osób przyjęło pandemię z ulgą, bo w końcu mogli odciąć się od tych, z którymi kontaktów nie chcieli.

 

Zmiana zwyczajów

Mimo pracy zdalnej nie uważam, że miałam w roku 2020 więcej czasu na lenistwo i odpoczynek. Może wina leżała po mojej stronie i powinnam lepiej zarządzać sobą w czasie, a może po prostu podejmowałam zbyt wiele aktywności. Miałam przecież dodatkowe dwie godzinny dziennie dzięki oszczędzaniu czasu na dojazdach i porannym szykowaniu się. Kwietniowy lockdown pokazał mi, że jestem w stanie robić zakupy tylko raz w tygodniu i w konsekwencji odwiedzam supermarket tylko wtedy, gdy naprawdę mam już pustą lodówkę.

Moim wielkim sukcesem jest to, że nie przytyłam w czasie pandemii i utrzymałam sportową formę. W październiku odwiedził mnie mój bratanek, objął mnie w pasie i powiedział: „Ale jesteś chuda” :D. Wymarzony komplement po miesiącach spędzonych w domu! Ale robiłam, co mogłam, aby ruszać się jak najwięcej. Biegałam w maseczce, wychodziłam na spacery nawet w czasie deszczu i ćwiczyłam w domu. Moim najlepszym tegorocznym zakupem jest mata do ćwiczeń.

Poza tym oddałam się lekturze książek, przez co nie do końca nadrobiłam serialowo-filmowe zaległości. W 2020 roku przeczytałam 50 książek, czyli o 16 tytułów więcej niż rok wcześniej. Nie wiem, czy kiedykolwiek powtórzę taki wynik. Pozytywną zmianą jest mój nowy rytuał, który wprowadziłam w czasie pandemii. Kończę pracę (czyli zamykam laptopa) i siadam na pół godziny do czytania. Tak samo przed snem – co najmniej 30 minut poświęcam lekturze.

W pandemii część osób zaczęła się też zdrowo i regularnie odżywiać. Skończył się poranny pośpiech i w końcu znajdowaliśmy czas na śniadanie. Niektórzy zaczęli gotować i nawet to polubili.

 

Rok 2020 zapisze się w mojej pamięci jako rekordowy pod względem przeczytanych książek.

 

Czytam książkę na balkonie, aż tu nagle nad moją głową pojawia się halo! Halo to zjawisko optyczne obserwowane wokół tarczy słonecznej. Ma postać świetlistego, białego pierścienia, który powstaje na skutek załamania na kryształkach lodu znajdujących się w chmurach pierzasto-warstwowych. Pierwszy raz miałam okazję zobaczyć je na Atakamie.

 

Wersja z Chile. Tylko trochę ładniejsza ;)

 

Najlepsze internetowe audycje

Rok 2020 stał pod znakiem komunikatorów internetowych, kamerek i spotkań on-line. Życie zawodowe i prywatne przeniosło się do internetu. A ja w tym internecie znalazłam dwie wyjątkowe perły w osobie dwóch wybitnych dziennikarzy, dla których nie było już miejsca w tradycyjnych mediach.

Pierwszą perłą jest Tomasz Raczek z recenzjami filmów i seriali na autorskim kanale na YouTube. Bez żadnych fajerwerków i technicznych udziwnień. Pan Tomek po prostu siada w pokoju i przez 20-30 minut dzieli się swoimi wrażeniami, uzupełniając je o rozmaite ciekawostki. Na sam koniec przechodzi do sekcji premium, za którą widzowie płacą swoim cennym czasem. Ta część jest moją ulubioną. Ma bardzo intymną formę, bo to opowieści z życia Tomasza Raczka nawiązujące do tematu podejmowanego w recenzowanym filmie lub serialu. Bardzo mało jest mądrych i ciekawych ludzi w mediach. Cieszę się, że pan Raczek znalazł dla siebie niszę i szybko zebrał wokół siebie pokaźne grono fanów. Do obejrzenia tu.

Druga perła to Dariusz Rosiak, do stycznia 2020 roku dziennikarz Polskiego Radia, w którym prowadził autorską audycję „Raport o stanie świata”. Ale decyzją szefostwa został zwolniony. Niedługo potem stworzył swój własny podcast (darmowy dla wszystkich słuchaczy), który można wspierać finansowo w ramach serwisu Patronite. Obecnie Raport nie trwa już 50 minut, bo nie obowiązują go antenowe limity. Został wydłużony nawet do ponad 2 h, dzięki czemu stał się najważniejszą i najbardziej pogłębioną audycją o tematyce międzynarodowej w mediach. W grudniu Dariusz Rosiak został laureatem nagrody Grand Press jako Dziennikarz Roku 2020. Z jego audycjami spędzam każdy weekend i jeśli ich jeszcze nie znacie, to zachęcam do słuchania tu.

 

2 thoughts on “Rok 2020 nie był taki zły

  • 08/01/2021 at 01:13
    Permalink

    Wszystkiego najlepszego w nowym roku! Życzę wielu wspaniałych podróży, nie tylko dalekich, żebym mógł potem czytać Twoje znakomite relacje. Stały czytelnik Bobek.

    Reply
    • 08/01/2021 at 01:40
      Permalink

      Dziękuję, Bobku. Dla Ciebie również samych wspaniałości i dużo zdrowia. Cieszę się, że wciąż tu zaglądasz i znajdujesz dla siebie interesujace treści.

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *