Nocleg na Saharze. W hotelu 1000-gwiazdkowym

Nocleg na Saharze. W hotelu 1000-gwiazdkowym

Druga część opisu wyprawy na pustynię na własną rękę przed Wami. Pierwsza jest do przeczytania tu. Jak pisałam, to nie była standardowa wycieczka, ponieważ stała za nią szalona idea, by na Saharę wybrać się w środku nocy. Po noclegu na pustyni, dopiero rano mogłam zobaczyć zewsząd otaczający mnie piasek i ogromne wydmy. Więc jak się jechało na wielbłądach w całkowitej ciemności? To było niepowtarzalne przeżycie.

 

Muszę przyznać, że trochę bałam się, że Brahim nas oszuka. Gdy byliśmy w drodze już dobry kawałek czasu, wciąż widać było światła miasta, a piach pod nogami wcale nie wydawał się piaszczysty, tylko ubity, jakby to była wydeptana ścieżka. Co, jeśli nad ranem nie będziemy mieć widoku na piaszczyste wydmy, tylko na miasto? Ale Brahim był naprawdę uczciwym i życzliwym człowiekiem. Zresztą jak wszyscy Berberowie zamieszkujący obszary pustynne, gdzie przez stulecia dochodziło do spotkań międzykulturowych za sprawą licznych karawan, które je przemierzały. Otwartość i gościnność są wpisane w DNA mieszkańców Sahary.

 

Gwiaździsta karawana

Chcąc usatysfakcjonować mnie i Gustavo, Brahim na przewodnika wybrał swojego kuzyna, mówiącego zarówno po hiszpańsku, jak i po angielsku. Dodatkowo, choć miał za sobą męczącą, dwunastogodzinną podróż autobusem z Marrakeszu i początkowo nie planował wybrać się z nami na pustynię, ostatecznie zdecydował się nam towarzyszyć. Założył specjalne, długie i obcisłe buty, imitujące kopyta wielbłąda, które ułatwiały chodzenie po piasku. Śmiał się, że wygląda w nich jak ninja. Nasza karkołomna nocna wyprawa wyglądała tak, że ja z Gustavo jechaliśmy na wielbłądach, obok szedł Brahim i świecił latarką w telefonie, a mój wielbłąd był prowadzony przez jego kuzyna. Brahim opowiadał nam dużo ciekawostek (po hiszpańsku i angielsku), np. że teraz idziemy dawną trasą wyścigu Paryż-Dakar (z 1993 i 2004 roku) lub pokazywał ślady lisa pustynnego.

Wokół panowała ciemność. Mogłam co najwyżej podziwiać niesamowicie gwiaździste niebo, ale to absolutnie mi wystarczyło. Niebo nad pustynią składa się chyba z miliona gwiazd. Bardzo dużo jest tych spadających, więc nie zdążycie wymyślać nowych życzeń. Z tego powodu nocleg na pustyni – mimo że w surowych, polowych warunkach, na cienkim materacu, w zimnym namiocie, bez toalety – jest przewrotnie nazywany noclegiem w hotelu tysiąca gwiazdek. Brahim wskazał mi na niebie najjaśniejszą gwiazdę, która wyznaczała kierunek naszej wędrówki. Ludzie pustyni świetnie znają się na astronomii i potrafią wyróżnić główne gwiazdozbiory. To dzięki położeniu gwiazd na niebie znajdują odpowiednią drogę w nocy.

Mimo tych tysięcy gwiazd na niebie – to jest naprawdę ekscytujący i niezapomniany widok – nic wokół siebie nie widziałam. Nie mogłam przygotować się na to, że wielbłąd na swoich cienkich i długich nogach zaraz będzie się na coś wspinać lub z czegoś schodzić, a ja będę lecieć do tyłu albo do przodu. Za każdym razem, gdy sunęłam do przodu, mocno zapierałam się rękami i dzień później miałam z tego powodu na przedramionach potężne zakwasy. Odcisków od trzymania metalowego drążka uniknęłam dzięki rękawiczkom na rękach. Innymi bolącymi częściami ciała po takim przejeździe są uda i pupa. Wielbłąd to zdecydowanie nie jest najwygodniejszy środek transportu, choć naprawdę ciekawym przeżyciem jest to, gdy wstaje lub siada. Z Merzouga do Zagory są organizowane dwutygodniowe wyprawy na wielbłądach z noclegami na pustyni. To musi być świetna przygoda, ale tyle czasu na wielbłądzie to prawdziwe Camel Trophy.

 

Noc na pustyni

Do naszego obozu dojechaliśmy o 23. Na powitanie dostaliśmy rozgrzewającą herbatę. Wypiłam tylko jedną szklaneczkę, aby nikogo nie obrazić. Bardzo chciało mi się siku, mimo że skorzystałam z toalety w domu Brahima. W nocy na pustyni było jakieś 5 stopni lub zimniej, więc nie wystawię tyłka przy takiej temperaturze. Dodatkowo wszędzie ciemno, jak w tyłku właśnie. W moim obozie nie było toalety, choć zdarzają się i takie, które mają nawet prysznice – dość prymitywne, ale są. Przez 3 godziny, do 2 w nocy siedzieliśmy przy ognisku w sześć osób: ja, Gustavo, Brahim, jego kuzyn i dwaj właściciele obozu. Rozmawialiśmy po hiszpańsku, bo Gustavo – wbrew swoim deklaracjom – nie rozumiał nic w innych językach.

Naprawdę cała noc była niepowtarzalna, na czele z rozmową z Berberami po hiszpańsku. Ja co prawda tego języka nie znam – pamiętam jakieś 10 słów – więc w moje wypowiedzi wplatałam trochę włoskiego. Trzy dni takich konwersacji, a pewnie opanowałabym hiszpański w stopniu komunikatywnym. Berberowie zadawali nam zagadki, np. jak włożyć wielbłąda do lodówki w trzech ruchach, pokazywali poszczególne gwiazdozbiory, uczyli berberyjskich słów i robili wspólne zdjęcia. Dowiedziałam się od nich, że jeśli dym z ogniska lub sos z tajine leci w Twoją stronę, to masz szczęście. Tej nocy dym każdego szczypał w oczy, ale mnie upodobał sobie najbardziej. Jednak nie powiedziałabym, że mam wyjątkowe szczęście w życiu ;). Do ognia dodaje się specjalne mikstury odstraszające skorpiony i inne pustynne stworzenia, dlatego jest taki dokuczliwy.

Choć przy ognisku było ciepło i sympatycznie, postanowiłam w końcu iść spać, aby wstać z samego rana na wschód słońca. Do śpiwora wślizgnęłam się tak, jak stałam – w rękawiczkach, spodniach, grubej czapce, kurtce i szaliku. Zdjęłam tylko buty. Gustavo dodatkowo przykrył mnie dwoma kocami. Czy było mi tak ciepło? Absolutnie nie. Trzęsłam się jak osika. Mimo to udało mi się nawet zasnąć, jednak nie pospałam za wiele, bo o 7 rano byłam już na nogach. Po wyjściu z namiotu od razu pobiegłam na siusiu. A potem w końcu mogłam ujrzeć to, co znajdowało się wokół mnie. Zobaczyłam wydmy, zobaczyłam wielbłądy leżące przed obozem i bezkresne połacie piasku. Tak, byłam na pustyni. Tak, spełniłam swoje marzenie.

nocleg na pustyni

obóz na pustyni w maroku

 

Na szczycie wydmy

Okazało się, że nasz obóz znajdował się obok ogromnej wydmy, na którą postanowiłam się wspiąć, by oglądać wschód słońca. A nie było to wcale łatwe! Nie dość, że idzie się pod górę, to jeszcze buty zatapiają się w piasku i obsuwasz się po nim w dół. Umęczyłam się i spociłam niesamowicie, ale na górę doszłam. A tam niesamowite widoki, naprawdę wyjątkowe. Słońce powoli wynurzało się znad wydm, by potem równie niespiesznie się nad nimi wznosić, aż w końcu rozświetliło ogromne połacie bezkresnego piachu. Wydmy, których nieoświetlona część pozostawała w cieniu, miały piękny, pomarańczowy kolor. Można tak było siedzieć na górze godzinami, gdyby nie prażące słońce.

 

 

Z pustyni wracaliśmy już w ciągu dnia, więc tym razem dane nam było podziwiać z grzbietu wielbłąda jej uroki. Choć był grudzień i temperatura wynosiła jakieś 18 stopni, to w pełnym słońcu było zdecydowanie za ciepło. Nie wiem, jak inni turyści znoszą taką karawanę w środku lata. Co więcej, na wschód słońca muszą wstawać przed 4 nad ranem. Gdy dojechaliśmy do Merzouga, rodzina Brahima znowu przygotowała nam posiłek. Gustavo postanowił skorzystać z gościny i spędzić tu noc, ja z kolei chciałam ruszyć dalej. Ale był jeden drobny szczegół – o tej porze nie kursowały żadne autobusy.

 

Brahim nie był zachwycony moim planem i namawiał mnie, abym została z jego rodziną. Jednak do końca okazał wielkie serce i podwiózł mnie swoją motorynką na trasę prowadzącą do najbliższego miasta. Zostawił mnie przy drodze, życząc szczęścia i każąc uśmiechać się tak, jak do tej pory, to na pewno ktoś się zatrzyma. Poprosił też, abym napisała mu maila, jak sobie poradziłam i czy nic mi się nie stało. Wysłałam wiadomość już następnego dnia, ale mi nie odpisał. 28 lipca, po ponad siedmiu miesiącach od naszego rozstania, dostałam od niego odpowiedź! Niespodziewane zakończenie niezapomnianej znajomości i przygody.

Grudzień 2014 r.

 

One thought on “Nocleg na Saharze. W hotelu 1000-gwiazdkowym

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.