Maroko – droga na pustynię

Maroko – droga na pustynię

W Marrakeszu przeżywałam egzystencjalne rozterki, zastanawiając się, w jaki sposób dotrzeć na Saharę. Dotarcie na pustynię i zobaczenie wydm na żywo było moim wielkim marzeniem i jedną z głównych motywacji do wyjazdu do Maroka. Miasto jest centrum turystycznym, jeśli chodzi o ilość agencji organizujących wypady do południowo-wschodniej części kraju – oprócz Sahary zwiedza się też Ouarzazate, Zagorę i Dolinę Draa. 4-dniowa wyprawa (noclegi, przejazd mini-busami, śniadania i kolacje) kosztuje od 60 do 80 €. Ale czy ja chcę, aby ktoś prowadził mnie za rączkę i sam wyznaczał mój rozkład dnia?

 

Oczywiście, że nie. Gdzie miejsce na przygodę i nieprzewidziane wypadki? Gdzie satysfakcja z pokonywania trudności, zmagania się ze słabościami i w końcu – osiągnięcia celu? Choć oferta biur podróży była atrakcyjna cenowo i programowo, to chyba zawsze będę się wzbraniać przed wycieczkami, które polegają na tym, że gdzieś mnie zawożą, pokazują, co mają do pokazania i przywożą. Szybko, sprawnie i elegancko. Jedynym dyskomfortem z takiej wyprawy mogą być jedynie przywiezione pchły, które można złapać od wielbłądów. Po wielu rozmyślaniach postanowiłam pojechać na pustynię na własną rękę.

Początkowo planowałam przystanek w Ouarzazate, ale ostatecznie zamieniłam je na mniej znany Tinghir. W autobusie jadącym do obu miast poznałam pewnego Argentyńczyka imieniem Gustavo, lat około… nie mam pojęcia. Wyglądał na dużo ponad 30, ale równie dobrze mógł mieć dwadzieścia kilka. Jego zdaniem troszeczkę rozumiał i mówił po angielsku, francusku i włosku, ale tak naprawdę znał tylko hiszpański. Zamieniliśmy ze sobą pięć słów i myślałam, że tyle go widziałam. Wysiadł w Ouarzazate, a ja pojechałam dalej do Tinghir, gdzie spędziłam dwa dni.

 

Przygotowanie do wyprawy

Nadszedł w końcu dzień, gdy miałam ruszyć na pustynię. Wiedziałam, że nie mogę spodziewać się w obozie Berberów żadnych wygód, a tym bardziej toalety. Dlatego rano wzięłam w hotelu prysznic, ale po pieszym powrocie z wąwozu Todra po porannej świeżości nie było już śladu. Na autobus do Merzouga, czyli głównej bazy wypadowej na pustynię, czekałam w recepcji hotelu, gdzie miałam spokój i chłód. Mój niedawny pokój został już wysprzątany, a klucz tkwił z zamku. Stwierdziłam, że wykorzystam okazję i wskoczę do niego na siusiu.

Załadowałam się ze wszystkimi tobołami do środka, zrobiłam, co miałam zrobić, i z walącym sercem wychodziłam z pokoju, modląc się w duchu, aby nikogo nie spotkać. Ale na korytarzu i w recepcji nie było żywej duszy. Usiadłam z powrotem na swoim miejscu i grzebałam w tablecie. Właściciel tego przybytku co i raz chodził schodami z góry na dół i z dołu do góry, zaczęły się też pojawiać nowi goście, ale po recepcjoniście w dalszym ciągu nie było śladu.

Postanowiłam raz jeszcze zaryzykować i wrócić do pokoju – tym razem, aby umyć twarz i zęby. Ponownie zabrałam cały majdan i zamknęłam się od środka w pokoju. Stres, jaki mi wtedy towarzyszył, był większy niż przed jakimś ważnym egzaminem. A jeśli ktoś zacznie się dobijać, to co zrobię? Na szybko wymyśliłam, że w takim przypadku powiedziałabym, że coś zgubiłam w pokoju i postanowiłam tego poszukać. Ale nie musiałam uciekać się do takiego perfidnego kłamstwa. Nikt mnie nie nakrył. Pewnie mogłabym nawet wziąć prysznic, ale aż tak dużego tupetu nie miałam. Tego typu numer byłby niemożliwy w standardowym hotelu ze sztywnymi check-inami, check-outami i innymi nieprzyjemnymi zasadami. Ale wschód Maroka to co innego.

 

Berberyjski Anioł Stróż

Pora przyjazdu autobusu zbliżała się wielkimi krokami, więc w końcu poszłam na dworzec. W biurze mojego przewoźnika poznałam parę z Brazylii, która też jechała do Merzouga. Tylko że oni byli odpowiedzialni i zorganizowani, dlatego mieli już na miejscu zarezerwowany nocleg. Zaczęliśmy rozmawiać o wyprawie na pustynię, a naszej konwersacji przysłuchiwał się pewien stary Berber. Okazał się oczywiście przewodnikiem i od razu zaczął wydzwaniać po różnych dziwnych ludziach, organizując mi nocleg i załatwiając osobę, która zabierze mnie na pustynię. Podał mi hasło i napisał miasto, w jakim miałam wysiąść. Ale nie dane mi było skorzystać z tej na szybko zorganizowanej pomocy, bo los miał wobec mnie inne plany.

Gdy ruszałam z Tinghir do Merzouga w autobusie ponownie spotkałam Argentyńczyka Gustavo. Uściskał mnie, jakbyśmy byli starymi znajomymi (ach Ci Latynosi, serce na dłoni po prostu!) i nawet pamiętał moje imię, czym ja już wykazać się nie mogłam. Ale to nie było jedyne niespodziewane i szczęśliwe spotkanie w tym autobusie. Jechał nim też do swojego rodzinnego domu Brahim – Berber z Merzouga, który na dodatek miał dziewczynę polskiego pochodzenia mieszkającą w Niemczech. Brahim organizował wyprawy na pustynię, a jego rodzina posiadała 12 wielbłądów. Co najważniejsze w całej tej historii, to fakt, że chciałam ruszać na pustynię zaraz po dojechaniu do Merzouga, bez zbędnego noclegu w mieście. Tylko że autobus miał na miejsce dojechać o 21, więc jaką miałam szansę, aby znaleźć jakiegoś Berbera z wielbłądem o tej porze? No niewielką. To była naprawdę szalona idea, ale takie lubię. Co więcej, dzięki zrządzeniu losu, który zesłał mi Brahima, udało się ją zrealizować.

 

W berberyjskim domu

Moim towarzyszem w nocnej wyprawie na pustynię został Gustavo. Ale zanim wsiedliśmy na wielbłądy, mieliśmy zjeść kolację i przygotować się do wyprawy w domu rodzinnym Brahima. Gdy po zmroku dochodziliśmy na miejsce, wielbłądy już na nas czekały, siedząc na ulicy. Z mroku wyłaniały się dwie istoty wyglądające jak duże psy. Do mnie przydzielony został wielbłąd profesjonalista – bardzo spokojny i ułożony, do Gustavo – ten bardziej niepokorny i humorzasty. Oba zwierzaki były samcami, natomiast dziesięć samic, należących jeszcze do rodziny Brahima, znajdowało się na pustyni z nomadami. Jest to celowy zabieg, bowiem gdy w stadzie jest dużo samców, zaczynają walczyć o wielbłądzice.

W domu już wszyscy byli przygotowani na nasz przyjazd. Poznaliśmy całą liczną rodzinę Brahima, jednak w pokoju – prócz mnie – zostali wyłącznie mężczyźni. Zgodnie z arabskim zwyczajem kobiety mają swoją przestrzeń w domu i w czasie wizyty gości jedynie usługują mężczyznom. Gustavo, niewtajemniczony w islamskie zawiłości, podawał im rękę na przywitanie, a one tylko się niezręcznie uśmiechały i robiły nieznaczny ukłon w ramach powitania. Do mnie z kolei zwracały się ze słowami podziwu, mówiąc, że jestem naprawdę odważna, że chcę jechać w nocy na pustynię. Choć pewnie miały raczej na myśli, że jestem szalona…

Uświadomiłam Gustavo, żeby zdjął buty przed wejściem na dywan, więc obyło się bez wielkiego faux pas. Poczęstowano nas herbatą, berberyjskim omletem (Brahim wcześniej zapytał, czy jestem wegetarianką) i jabłkami. Wszyscy jedliśmy rękami z jednej miski, położonej na małym stoliku, posiłkując się jedynie chlebem. Po posiłku udałam się do łazienki, oczywiście w stylu wschodnim (czyli zapomnijcie o kibelku), aby zrobić siusiu i umyć zęby. A w jednej z licznych izb, naprawdę skromnie urządzonych, założyłam na siebie kilka warstw ubrań, aby nie zmarznąć. W końcu już za chwilę ruszam na pustynię i spędzę tam noc. A noce na pustyni są bardzo zimne.

 

O tym, jak się jechało na pustynię po ciemku, jak zniosłam nocleg w berberyjskim namiocie i jak wygląda wschód słońca oglądany ze szczytu piaszczystej wydmy, przeczytacie tu.

 

1. Mój wielbłąd

wielbłądem na pustynię w maroku

 

2. Brahim – jak zwykle uśmiechnięty

 

3. Ja i Gustavo

Grudzień 2014 r.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.