Tułaczka Odyseuszki. Jak dotrzeć z Sukhothai do Kanczanaburi?

tułaczka odyseuszki

Kto by pomyślał, że pokonanie 488 km, bo tyle dzieli Sukhothai od Kanczanaburi, może zająć ponad 14 h. I nie dlatego, że popsuł się autobus lub jechał jakąś okrężną drogą przez Myanmar. Takiego autobusu w ogóle nie było. Oto historia transportowego koszmaru rodem z Tajlandii. W roli głównej Odyseuszka z Polski.

 

To było do tej pory moje najgorsze podróżnicze doświadczenie, dzięki niemu wiem, że skoro je przeżyłam, to już nic mnie nie załamie. A zaczęło się tak… Dzień przed moim wyjazdem zapytałam o połączenie z Sukhothai do Kanczanaburi na dworcu. Pani powiedziała, że autobusu nie ma. Jak to nie ma? – dopytuję? – Nie ma w ogóle, czy tylko na tym dworcu? Na tym dworcu – odpowiada znudzona pani. To wydaje się mi logiczne, bo z Chiang Mai było połączenie zarówno do Sukhothai, jak i Kanczanaburi. Niezbyt pomocna pani tłumaczy, abym pojechała do odległego o półtorej godziny jazdy Phitsanulok i stamtąd wzięła autobus do Kanczanaburi.

Chcę od razu kupić bilet na 8 rano, ale pani kręci nosem i mówi, że nie ma wcześniejszego wykupywania. Zjawiam się dzień później i kupuję za 39 bathów bilet na rozklekotany autobus z samymi Tajami. To miła odmiana po 2 tygodniach spędzonych wśród turystów. Autobus po drodze często staje, by kogoś zabrać lub wysadzić, aż w końcu przed 10 dojeżdża na dworzec w Phitsanulok. Niespodziewaną atrakcją w czasie jazdy do miasta, którego nie opisuje żaden przewodnik i w którym nie ma żadnych turystów, były bociany. Latały w gromadzie jak jakieś rybitwy, po dwadzieścia w jednym stadzie. Potem drugie, trzecie i tak przez całą drogę.

 

Uprowadzona przez kierowcę

Z Phitsanulok postanowiłam złapać pociąg do Kanczanaburi, by przejechać osławioną drogą śmierci, przy budowie której pracowali alianccy jeńcy wojenni. Nie chciałam brać taksówki na stację, więc zdecydowałam się na transport publiczny. Podeszłam do pierwszego lepszego kierowcy i mówię „train station”. Facet, jakieś 50 lat, nie wie, o co chodzi. Odstawiam więc przed nim pantomimę imitującą pociąg. Chyba zrozumiał. Pytam o cenę – „price”. Nie rozumie. Mówię więc „bath”. Idzie do swojego stoliczka i przynosi metalową tubę na pieniądze i bilety. Pokazuje na bilet wielkości znaczka pocztowego, na którym widnieje cena 15 bath. Płacę i siadam na pakę pick-upa, mając nadzieję, że kierowca wie, o co mi chodziło. W tym momencie przypomniały się mi słowa kolegi z pracy, który stwierdził, że w Tajlandii wszędzie dogadam się po angielsku. Chętnie bym go wówczas posadziła obok siebie.

Jedziemy w dobrą stronę, ale są potworne korki i w pół godziny przejechaliśmy ułamek trasy. Nagle widzę kierunkowskaz „railway station”, który wskazuje odwrotny kierunek jazdy od tego, który obraliśmy. Pasażerowie co chwilę się zmieniają i wchodzi czwórka młodych ludzi. Pytają po angielsku, skąd jestem i co robię w Tajlandii. Mówię, że chcę dojechać na dworzec kolejowy i nie wiem, czy kierowca mnie zrozumiał. Wpadają w konsternację i mówią, że jedziemy w drugą stronę, ale dochodzą do wniosku, że potem kierowca zawróci. Jeden chłopak sam wyszedł z inicjatywą, że wychodząc, powie kierowcy, gdzie chcę jechać. Wraz z jeszcze jedną pasażerką jedziemy dalej, dużo dalej niż powinnam jechać. Kierowca wywiózł mnie za miasto, dokładnie tam, skąd przyjechałam.

Pojechaliśmy do jakiejś wsi, by podwieźć tę kobietę, a potem zabrać jednego mężczyznę. Kierowca wyszedł do niego i mu się ukłonił, a potem wskazał na mnie i mówił coś do niego wielce rozbawiony. Pewnie o tym, że wozi mnie tak od ponad godziny. A miały to być tylko 3 km od dworca do stacji. Na piechotę bym już szybciej doszła. W końcu ruszyliśmy i po dwóch godzinach – więcej niż zajęła podróż z Sukhothai – dotarłam na dworzec. Byłam wściekła na tego typa! Jakby nie mógł mnie wcześniej wysadzić i powiedzieć, żebym trochę podeszła. Biegnę od okienka i proszę o bilet do Kanczanaburi. A tu pierwsza wiadomość dnia: nie ma żadnego połączenia kolejowego, muszę najpierw pojechać do Bangkoku i stamtąd wsiąść w pociąg. Pytam więc pana w okienku, czy przynajmniej autobusem dojadę stąd do Kanczanaburi. Autobusem tak – zapewnia mnie.

 

Mętlik komunikacyjny

A więc znowu trzeba jechać na dworzec. W duchu łkałam, że jeśli znowu zajmie to tyle czasu, to na oczach wszystkich się popłaczę. Ale Fortuna się nade mną zlitowała. Nie dość, że trafiłam na mówiącego po angielsku kierowcę, to dodatkowo po 15 min byłam na dworcu autobusowym. Podbiegałam do okienek poszczególnych firm transportowych i i szukałam Kanczanaburi. Ale na nich wszystko było napisane po tajsku. Zaczepił mnie jakiś facet i mówię mu, gdzie chcę jechać. On na to, że nie można. Są inne -buri, jest Sukhothai, Chiang Mai i Bangkok, ale Kanczanaburi nie ma. Druga wiadomość dnia brzmiała tak: muszę jechać do Bangkoku i dopiero stamtąd wziąć autobus do miejsca docelowego. Coś nieprawdopodobnego.

W Turcji, idealnym kraju pod względem transportowym, da się dojechać wszędzie z każdego miejsca. A jak nie ma bezpośredniego połączenia, to wysadzają Cię gdzieś na trasie i po 5 min podjeżdża drugi autobus. Na szczęście autobus do Bangkoku był za 20 min. Jakbym wiedziała o tym transportowym skandalu już w Sukhothai, to stamtąd pojechałabym od razu do stolicy, oszczędzając czas, nerwy i pieniądze. Jak później poczytałam w internecie o tym, jak dojechać z Sukhothai do Kanczanaburi, okazało się, że można to zrobić bez konieczności jechania do Bangkoku, ale należy przesiąść się dwa razy w miastach po drodze.

Gdy wsiadłam już w swój autobus, żyłam nadzieją, że jeszcze zdążę do celu. Przecież na dworcu trzeba będzie już tylko kupić bilet, a na miejscu mamy być około 17.30. Stamtąd tylko 2,5 h jazdy do Kanczanaburi. Nagle mnie olśniło, a właściwie załamało… Przecież muszę zmienić dworzec! Dojadę do dworca północnego Mo Chit, a mam jechać z południowego Sai Mai Thai, który nawet nie wiem, gdzie jest, a co dopiero mówić o dojeździe do niego. Mając już dość tych zmartwień, stwierdziłam, że pomyślę o tym później, jak mawia Scarlett O’Hara. Teraz chcę się cieszyć moją podróżą i kolejną przygodą.

 

Tajski film

Jechałam autobusem z samymi lokalsami, a jak wsiadałam do środka, to pani stewardessa – nawet miała szpilki i granatowy mundurek – powiedziała do mnie „speak Thai?” (mówisz po tajsku?). Niezłe pytanie! Ale całkiem słuszne, bo jak mogę być w nieturystycznym mieście i pchać się do nieturystycznego autobusu, nie znając tajskiego? Pierwszy raz zdarzyło się mi, że w cenie biletu na przejazd był też kupon żywnościowy na 20 bath i w czasie postoju wszyscy poszliśmy jeść na stołówkę. Do wyboru był ryż z mięsem lub zupa z makaronem, a pomocna współpasażerka pomogła mi zamówić bezmięsne danie. Co więcej, catering pokładowy był najlepszy z dotychczasowych – butelka wody 0,5 l (a nie kubeczek ze słomką) i całe pudełko ciastek (a nie jedno).

Kolejną nowością dla mnie było puszczenie filmów – albo tajskich, albo z tajskim dubbingiem. Najpierw jakieś amerykańskie łubu-dubu, które rozgrywało się w Stambule. Niezłe nagłośnienie miał ten autobus, prawie jak w kinie. Okazało się wręcz za dobre, biorąc pod uwagę, że co chwilę był jakiś wybuch lub strzelanina. Po nim puścili film o płatnym amerykańskim zabójcy, który stracił pamięć, a jako że znaleziono go w przebraniu mnicha, trafił do zakonu. Jego pobyt wiązał się z wieloma wpadkami wynikającymi z braku wiedzy na temat życia w zakonie, ceremoniału i obowiązków mnicha. Mimo że nic nie rozumiałam z tajskiego, to z powodu żartów sytuacyjnych śmiałam się pod nosem. Film bazował chyba na prawdziwych wydarzeniach, bo na napisach końcowych pojawiło się czarnobiałe zdjęcie autentycznego bohatera.

 

Odyseuszka w Bangkoku

Z lekkim opóźnieniem dotarliśmy na dworzec Mo Chit. Autobus zatrzymał się w jakiejś sferze parkowania i po ciemku nie wiedziałam, gdzie iść. Inni pasażerowie rozpierzchli się jak mrówki w różne strony. Obrałam więc prostą strategię – byle do jakiejś ulicy, a potem z powrotem na dworzec, zrobić siusiu i zapytać w informacji, jak teraz dotrzeć na inny dworzec na drugim końcu miasta. W ciemności przeprawiałam się przez jakiś wygwizdów, brodząc w błocie i modląc się, aby pseudo-taksówkarze mnie nie okradli, a samochód lub autobus nie rozjechał. Nagle widzę tory – pociąg! Przecież mogę pojechać do Kanczanaburi pociągiem, z Bangkoku już tak.

Zaczepiłam jakąś kobietę, która oferowała podwózki na skuterze, by powiedziała mi, gdzie tu jest stacja kolejowa. Nie mówiła po angielsku i bardziej reklamowała swoje usługi. Machnęłam więc ręką i dalej szukałam dworca autobusowego. Później mnie olśniło, że to przecież nie ta stacja kolejowa. Nie ten dworzec, nie ta stacja – co za geniusz logistyki wymyślił to rozrzucanie punktów komunikacyjnych po całym Bangkoku? Trafiłam w końcu na dworzec i poszłam do informacji, a w niej bardzo pomocny i zaangażowany starszy pan wyjaśnił mi, że kursuje specjalny mini van między oboma dworcami, kosztuje 35 bathów i znajduje się na piątej platformie. W tym momencie wyjął mapkę i wskazał miejsce, dodatkowo zapisał po tajsku i w alfabecie łacińskim nazwę dworca Sai Tai Mai.

Biegnę jak na skrzydłach do wskazanego punktu i pokazuję moją karteczkę niemal wszystkim po drodze. Każdy odsyłał mnie gdzie indziej, a jedna osoba powiedziała nawet, że nie ma takiego połączenia. Ale ja nie dawałam za wygraną i w końcu trafiłam do stoliczka, przy którym dziewczyna sprzedawała bilety na mini van. Wręczyła mi czerwony kawałek plastiku i kazała wejść do środka. Po 45 min cały van zapełnił się pasażerami, więc o 19 w końcu ruszyliśmy. W międzyczasie wysłałam smsa do siostry, że to będzie cud, jak uda się mi dotrzeć dziś do Kanczanaburi. Nie ma to jak podzielić się swoją desperacją i gasnącą nadzieją z kimś innym. To zawsze pomaga i mimo dwóch złotych opłaty za smsa wysłanego na drugi koniec świata,  jest bezcenne. Koniec końców o 23 dotarłam na miejsce, a o tym, czy było warto tak walczyć o wizytę w Kanczanaburi, przeczytacie tu.

Listopad 2016 r.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *