Tanger – enklawa artystów, szpiegów i wyrzutków

Tanger to miasto, które najpierw poznałam przez pryzmat filmu i książki. Klimatyczne uliczki medyny uwiecznił Jim Jarmush w obrazie „Tylko kochankowie przeżyją”. Natomiast jego artystycznego ducha i nieskrępowaną wolność przybliżył William Burroughs w swojej psychodelicznej książce „Nagi lunch”, którą napisał w Tanger w czasie kuracji odwykowej. Następnie zaczęłam zgłębiać jego historię, odkrywając coraz to bardziej fascynujące fakty na jego temat. Nie było innego wyjścia – koniecznie musiałam do niego trafić.

 

Tanger ma za sobą bogatą i burzliwą przeszłość. Przez stulecia przechodził z rąk do rąk – najpierw został zajęty przez Wandalów, potem stał się częścią Bizancjum, a następnie opanowali go Wizygoci, a po nich Arabowie, którzy wprowadzili islam i wymordowali tamtejszych chrześcijan. To właśnie z portu w Tangerze posłańcy Allacha wypływali do Europy, by dalej szerzyć swoją religię. W 1471 roku miasto zajęli Portugalczycy, zamieniając miejscowy meczet na katedrę. W dalszej kolejności przejęli go Hiszpanie, a następnie Anglicy, którzy musieli odpierać zapędy Arabów, Hiszpanów i Francuzów.

 

Tanger szpiegów i artystów

W 1906 roku Tanger staje się wolnym miastem, jednak w czasie II wojny światowej wraca do Hiszpanii, by później trafić pod protektorat międzynarodowy, podobnie jak opisywany przeze mnie włoski Triest. Dopiero w 1956 roku miasto staje się częścią Maroka. To właśnie na lata 40. i 50. XX wieku przypada szczyt jego rozwoju i popularności.

Tanger przyciągał wówczas artystów, pisarzy, szpiegów, homoseksualistów, oszustów i różnego rodzaju wyrzutków. Stał się miejscem lewych transakcji i swobody obyczajowej. Funkcjonował tu wielki czarny rynek obrotu towarów bez cła. Dawny Tanger był miastem poza prawem i poza moralnością. Dziś po tych bujnych czasach niewiele pozostało, choć wciąż mieszka tu mieszanka narodowościowa oraz działa topniejąca garstka artystów.

Słynna kawiarnia Café Central, gdzie powstawał „Nagi lunch” i gdzie swego czasu dobijano setek nielegalnych transakcji.

 

Autobusowa znajomość

Moja droga do Tanger była długa i niewygodna. Na dobrą sprawę pokonałam wzdłuż całe Maroko, by do niego dojechać. Ruszyłam z położonego na południu Rissani, a przejazd zajął ponad 12 godzin. Z miasteczka jechała nas garstka osób, ale na kolejnych przystankach dochodzili kolejni pasażerowie i zrobiło się tłoczno. Od razu zapoznałam się z siedzącym po drugiej stronie czarnoskórym mieszkańcem Sahary, który nie mówił po francusku i angielsku, tylko po arabsku i hiszpańsku. Mój towarzysz podróży od 8 lat mieszka i pracuje w Hiszpanii. Miał na imię Mohammed, lat 36. Wracał do pracy z tygodniowego urlopu. Wybrał dość uciążliwą i długą trasę, bo najpierw autobusem do Tanger, potem promem do Hiszpanii, by na miejscu znowu złapać autobus.

Mohammed (w Hiszpanii zwany Moha, bo ludzie mają problem z wymówieniem jego imienia) to człowiek typu „serce na dłoni”. Pokazał mi swój hiszpański dowód, prawo jazdy, pozwolenie na pracę oraz to, co kupił (w Maroku kosztuje poco, w Hiszpanii mucho). Gdybym lepiej znała hiszpański, pewnie opowiedziałby mi całą historię swojego życia. Zapytał mnie, ile zapłaciłam za bilet na autobus. On – 150 Dh, ja – 180 Dh. Był oburzony, bo stwierdził, że przecież jesteśmy równi. Ostrzegł mnie, żebym trzymała w nocy swoją torbę przy sobie, od strony okna, bo ludzie będą często wchodzić i wychodzić, a różne dziwne typy kręcić się po autobusie. W nocy budził mnie na przystankach, abym coś zjadła lub skorzystała z toalety, ale ja chciałam tylko spać. Kupił mi nawet kawę, ale musiałam odmówić, bo jej nie pijam. W ramach podziękowania ofiarowałam mu dwie mandarynki.

 

Dojazd do Tangeru

Gdy po siódmej rano dojechaliśmy do Tangeru, przeżyłam spore zaskoczenie. To zupełnie inne miasto od tych, jakie do tej pory odwiedziłam w Maroku. Dość wielkomiejskie i nowoczesne, z wielkimi budynkami i hotelami. Wbrew muzułmańskiej naturze było też całkiem czyste i uporządkowane. Razem z Mohammedem poszliśmy do dworcowej kawiarni, aby napić się herbaty i zjeść francuskiego rogalika. Mój towarzysz od razu powiedział, że to on pójdzie zamówić dla nas obojga, aby nie policzono mi więcej za to samo. Wkrótce dołączył do nas jego przyjaciel, również czarnoskóry, który mieszka w Tanger od 11 lat.

Pierwszy raz byłam w towarzystwie dwóch czarnoskórych mężczyzn. Przy okazji zdradzę, że jestem blondynką, więc wzbudzaliśmy ogromne zainteresowanie. W trójkę pojechaliśmy samochodem przyjaciela Mohammeda poszukać dla mnie hotelu. W sumie odwiedziliśmy ich pięć. Ostatecznie zdecydowałam się na niezbyt tani pensjonat, ale położony w świetnej lokalizacji i naprawdę czysty. Nie musiałam wyciągać śpiwora, tylko spałam w hotelowej pościeli. Panie sprzątające już od 8 rano stukały szczotkami i szorowały podłogi, bo korytarze pokrywały białe płytki.

 

Tanger – marokańska metropolia

Z moimi jednorazowymi przyjaciółmi rozstaliśmy się, dając sobie po dwa buziaki. Dodatkowo przyjaciel Mohammeda na wszelki wypadek zostawił mi swój numer telefonu, gdybym miała jakieś problemy w Tanger. Ale żadna pomoc nie była mi potrzebna, bo pokochałam to miejsce od pierwszego wejrzenia. To obok Chefchaouen moje ulubione miasto w Maroku.

Zachwyciły mnie palmy na ulicach – prawie jak w Miami, szczypta europejskości i nowoczesności równoważona przez tradycję i wpływy islamu oraz bliska odległość do morza i możliwość dostrzeżenia stamtąd brzegów Hiszpanii. Tanger był też moim pierwszym marokańskim miastem, w którym na ulicach znajdowały się śmietniki zawieszone dość wysoko nad ziemią. Inną charakterystyczną cechą były uzbrojone patrole policji i wojska. Widziałam je już w Fezie i Marrakeszu, ale to w Tanger ich obecność była najbardziej widoczna.

 

W medynie

Miasto ma też ciekawą, choć zaniedbaną medynę. To po jej białych uliczkach przechadzała się Tilda Swinton we wspomnianym filmie. Niektóre budynki były niebieskie z białymi akcentami, co przypominało Chefchaouen i Essaouirę. Na miejscowych targowiskach po raz pierwszy w Maroku spotkałam się z umieszczaniem cen na produktach, a dodatkowo były one najniższe do tej pory.

Sprzedawcy nie byli namolni, turystów – poza medyną – można było ze świecą szukać. Absolutnie nie dziwię się artystom, pisarzom i wszelkim innym uciekinierom, którzy po wojnie postanowili osiedlić się w Tanger. Ja też świetnie się tu czułam. Choć jego burzliwe dzieje to już echa przeszłości, a z dawnego uroku niewiele zostało, to jednak wciąż jest to miasto nieoczywiste, fascynujące i zupełnie odmienne od marokańskiego standardu.

Tanger medyna

 

Tanger – bliźniak Neapolu

Mi Tanger przypominał Neapol, choć jego architektura w ścisłym centrum jest dużo bardziej nowoczesna. I tu mamy morze, ale jakby lepsze, bo z długą, szeroką i piaszczystą plażą, a nie tylko nadmorską promenadą. Wśród spacerujących wiele jest muzułmańskich par, które wypisują na piasku imię ukochanej lub ukochanego. Na plaży wylegują się wielbłądy, a ktoś inny jeździ konno. Jeden z takich jeźdźców o mało mnie nie stratował. Swoim zwyczajem zbierałam muszle i gdybym szybciej się podniosła i skierowała w stronę morza, by je obmyć, to galopujący młodzieniec poważnie by mnie uszkodził.

Nad morzem mamy też duże kamienie, podobne do tych w Neapolu, na których przesiadują mężczyźni, wpatrując się w dal, bo nic lepszego nie mają do roboty. Przy plaży, drobni sprzedawcy zamiast okularów i obudowy do telefonu (jak w Neapolu) oferują orzeszki lub słodycze – wszystko wystawione jest w dużych, wiklinowych koszach. Na promenadzie przy nadbrzeżu znajduje się wiele klubów i dyskotek raczej w kiczowatym stylu, do których wejścia pilnuje bramkarz.  Najbardziej zapamiętałam klub „Armani”, który mieścił w sobie także butik tej marki.

W Tanger podobało się mi to, co dla wielu jest wadą – jego europejskość. Ale medyna ze swoimi bazarami i typowym, muzułmańskim klimatem dorzuca szczyptę egzotyki. Gdy kluczyłam po jej uliczkach, młodzi chłopcy bezinteresownie mi pomagali, czasem tylko wskazując właściwą drogę ruchem głowy, bez słów. To duża odmiana po Fezie i Marrakeszu, gdy każdy gest życzliwości jest płatny. Jeśli miałabym wybrać dla siebie jakieś miejsce do zamieszkania w Maroku, zdecydowanie byłby to Tanger. Być może jest nadto poukładany i zbyt blisko Europy, ale jego niejednolitość, mieszanie się tradycji z nowoczesnością i bujna historia bardzo do mnie przemawiają.

plaża w Tanger

Tanger morze

 

1. Na terenie anglikańskiego kościoła św. Andrzeja znajduje się cmentarz z nagrobkami zagranicznych artystów i pisarzy mieszkających niegdyś w Tanger.

 

2. Miasto poza medyną jest dosyć nowoczesne i uporządkowane jak na Maroko, choć nie brakuje w nim muzułmańskiego ducha.

 

3. Bramy prowadzące na targ, w tym jedna w kształcie charakterystycznego oślego ucha

 

Grudzień 2014 r.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *