Piacenza – osobliwe i niebanalne miasto Włoch

Etymologia nazwy „Piacenza” pochodzi od łacińskiego czasownika placere oznaczającego „zadowalać, uszczęśliwiać”. Po francusku zwie się Plaisance, czyli przyjemne miejsce. Choć w pobliżu roi się od słynnych miast – Parmy (podobno przepiękna), Mediolanu, Cremony i Mantui, postanowiłam odwiedzić właśnie Piacenzę. Nic o niej nie wiedziałam, nikt mi jej nie rekomendował, ale po zobaczeniu kilku zdjęć w internecie stwierdziłam, że to dość ciekawe architektonicznie miasto, z wieloma pałacami, placami i kościołami. Taki północnowłoski standard. Czy Piacenza jednak czymś się wyróżnia?

 

Do miasta przyjechałam w Sylwestra, ale daleko w nim było do szampańskiej atmosfery. Na głównym placu (Piazza dei Cavalli) i przy katedrze (Duomo) trafiłam na targi, a raczej na ich zakończenie, bo było już po 12. Sprzedawano zarówno ubrania, jak i żywność. Swój pobyt zaczęłam więc od nieplanowanych zakupów, bo jako miłośniczka świecidełek nie mogłam oprzeć się nabyciu dwóch naszyjników, produkcji wiadomej, ale kupionych od Marokańczyka z Fezu. A tak się złożyło, że dwa tygodnie wcześniej byłam w tym mieście. Naszyjniki mam do tej pory, a jeden z nich jest szczególnie wychwalany. Koleżanki pytają mnie z nutką zazdrości, gdzie go kupiłam. A ja odpowiadam, że w Piacenzy – ależ to brzmi!

 

Spacer po mroźnym mieście

Po zakupach udałam się na spacer bez celu, bo choć kierunkowskazy kierowały w stronę informacji turystycznej, to niczego takiego nie znalazłam. Pewnie i tak byłaby zamknięta, jak połowa lokali w mieście. Za to wszystkie butiki pozostawały otwarte, jakby wierzono, że jeszcze ktoś wpadnie zakupić sylwestrową kreację. Na ulicach Piacenzy było bardzo mało ludzi, ale pewnie większość szykowała się do wieczornych imprez lub wyjechała na święta. Choć lubię się szwendać bez planu i mapy, to wędrówka po Piacenzy nie należała do wyjątkowo przyjemnych. Przede wszystkim było mi niesłychanie zimno, choć wyświetlacze wskazywały 1 stopień na plusie. Ale pisałam już o tym, że chłód we Włoszech jest zupełnie inny od tego w Polsce. Ja byłam zziębnięta tak, jakby słupki wskazywały co najmniej -10 stopni. Z rozmów mijanych przeze mnie mieszkańców wychwytywałam, że im też jest zimno.

Przed tym przeraźliwym chłodem skryłam się w pizzerii – jednym z niewielu otwartych lokali, w którym mogłam coś zjeść. Zaraz dołączyła do mnie babcia z wnuczkiem, którzy zapytali pizzaiolo, czy mogą tu poczekać, zamiast stać na zewnątrz. Gryząc kawałek pizzy na bardzo cienkim cieście, przeglądałam lokalną gazetę. W oczy rzucił się mi artykuł, w którym narzekano na parkowanie samochodów w ścisłym centrum miasta. Faktycznie, nie dało się nie zauważyć aut stojących niemal na każdej ulicy, choć nie utrudniały one poruszania się. Z żalem opuszczałam ten ciepły kącik, udając się na dalszą włóczęgę po mieście. Ale nie wytrzymałam za długo na tym chłodzie i musiałam wypić coś ciepłego. Udałam się do przytulnej kawiarenki przy Duomo, gdzie zamówiłam prawdziwą, gorącą czekoladę.

 

Piacenza – miasto zaskoczeń

Piacenzę można obejść w 4 godziny, a po drodze jeszcze się trochę ponudzić. Chyba że ktoś jest bardzo zdeterminowany (ale proszę, na pewno nie w taki ziąb) i będzie oddawał się kontemplacji przy każdym pałacu, placyku i kościele. Tych ostatnich mają tu sporo, ale w czasie mojej wizyty wszystkie były zamknięte. Mi najbardziej zapadł w pamięć psychodeliczny kościół San Sisto, gdzieś na obrzeżach Centro Storico, do którego prowadziła brama, na której znajdowała się płaskorzeźba z głową przerażająco uśmiechniętej postaci – gorgony. Najbardziej zaskakujące okazały się krużganki – na wyblakłej trawie stały dwie bramki do grania w piłkę nożną, zaś w głębi – koń na biegunach. Dobra sceneria do kręcenia jakiegoś thrillera.

Równie intrygująca była okolica kościoła, przypominająca warszawską Pragę lub poznańskie Jeżyce. Typowe dla Piacenzy żółto-pomarańczowo-różowe kamienice sąsiadują z czerwono-ceglastymi budynkami. Naprawdę osobliwe i zaskakujące. Natomiast jeszcze dalej znajdował się opuszczony i zaniedbany kościół – pierwszy raz coś takiego widziałam. Rozumiem zdewastowane fabryki czy stare kamienice. Ale kościół? I to nie była pierwsza i nie ostatnia tego dnia świątynia opuszczona przez Boga i ludzi, na jaką trafiłam. Innym wartym wspomnienia miejscem było muzeum miejskie, które ulokowano w przygniatającej swym monumentalizmem cytadeli. Robi wrażenie. Kolejna dobra, filmowa sceneria. Zdecydowanie w Piacenzy można nakręcić jakiś niepokojący, psychodeliczny obraz. David Lynch czułby się w niej świetnie.

 

Piacenza i jej atrakcje

Ale przecież Piacenza to nie same kościoły. Miasto ma za sobą bogatą historię. Razem z pobliską Cremoną zostało założone w 218 roku p.n.e. jako rzymska kolonia militarna. Choć w czasach starożytnych i średniowiecznych kilkukrotnie je napadano i dewastowano, zawsze się odradzało, przy okazji przechodząc z rąk do rąk (od Franków, przez Państwo Kościelne, po Burbonów i Napoleona w czasach nowożytnych). W XVI wieku nastąpił gwałtowny rozwój ekonomiczny Piacenzy, głównie ze względu na rozległe, okoliczne tereny rolnicze. W czasie drugiej wojny światowej została poważnie zbombardowana przez Aliantów, zniszczenia nie ominęły też zabytkowego centrum.

Ale na historyczne pozostałości można natknąć się nie tylko tam. W galerii handlowej znajdującej się tuż obok dworca kolejowego (ten z kolei mieści się blisko Centro Storico, co jest nie do przecenienia dla turysty) natraficie na zaskakującą atrakcję. Pośrodku głównego holu galerii znajdują się jakieś antyczne fundamenty, oczywiście odpowiednio odgrodzone. Piacenza jest miastem wielu osobliwości, więc dlaczego nie miałoby ich być także tu?

 

1. Na dobry początek szybki spacer przyozdobionymi świątecznie uliczkami Piacenzy oraz rzut oka do co ciekawszych zakątków.

 

2. Miejska egzotyka, czyli targi w najbardziej reprezentacyjnych miejscach. Utrudniły mi one robienie dobrych zdjęć i pozostawiły po sobie mnóstwo śmieci.

 

3. Palazzo Comunale, alternatywnie zwany il Gotico, został zbudowany w 1281 roku jako ratusz miejski. W pierwotnym kształcie zachowała się tylko jego północna strona. Niestety nie mam jego dobrego zdjęcia, bo pod pałacem urządzono targ żywnościowy. Ale sportretowania  il Gotico z kawałem mięcha na pierwszym planie nie znajdziecie w całym internecie.

Piacenza

 

4. Pałac stoi na głównym miejskim placu zwanym Piazza dei Cavalli (plac koni). Zdobią go dwa posągi z brązu, przedstawiające Alessandro Farnese (księcia Parmy i Piacenzy) oraz jego syna i następcę Ranuccio.

Piacezna rynek

 

5. Bazylika św. Antoniego, patrona miasta, przyćmiewa nawet katedrę (Duomo). Wzniesiono ją w stylu romańskim już w IV wieku. Niestety, tak jak wszystkie kościoły, była w dniu mojej wizyty zamknięta, więc nie mogłam podziwiać jej ogromu od środka.

Bazylika św. Antoniego Piacenza

 

6. Katedra (Duomo) została zbudowana na przełomie XII i XIII wieku. Stanowi drogocenny przykład północnowłoskiej sztuki romańskiej. Niestety zamknięta.

Piacezna Duomo

 

7. Wspomniana gorąca czekolada, która mnie nieco rozgrzała w ten chłodny dzień. Gustowna filiżanka, elegancka, ale nienapuszona knajpka wypełniona klientami, którzy dobrze znają się z właścicielami. Zazdroszczę Włochom tej łatwości w nawiązywaniu kontaktów towarzyskich i oddania w pielęgnowaniu więzów przyjaźni i koleżeństwa.

 

8. San Sisto, czyli najbardziej psychodeliczny kościół, jaki kiedykolwiek widziałam. Okolica też nie gorsza

 

 

9. A opuszczonych kościołów z tabliczką „nie wchodzić, grozi zawaleniem” to nie widziałam doprawdy nigdy. Tym bardziej we Włoszech

 

10. Muzeum miejskie w takiej lokalizacji? Aż chce się zwiedzać.

 

11. Fragmenty antycznych fundamentów w galerii handlowej? Dlaczego nie! W Piacenzy wszystko jest możliwe.

 Grudzień 2014 r.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *