Książkowe podróże – część 7

Chyba już się nie zmienię i nie będę Was raczyć książkami pozytywnymi i opisującymi beztroskie przygody na końcu świata. Ciągnie mnie do wymagających tematów, do lektur poszerzających horyzonty i otwierających oczy, które pozwalają świadomie podróżować. Dlatego w kolejnej odsłonie cyklu książkowego znowu polecam Wam książki tematycznie ważne i trudne.


 

Bartek Sabela – „Wszystkie ziarna piasku”

Wydawnictwo Czarne, 2015

wszystkie ziarna piaskuNa tę książkę ostrzyłam sobie zęby od momentu, gdy tylko ujrzałam ją w księgarni. Naiwnie liczyłam, że wkrótce będzie i w mojej bibliotece, więc nie będę musiała jej kupować. Ale pomimo upływających miesięcy wciąż nie znajdowałam jej w katalogu, co jest smutnym dopełnieniem historii Sahary Zachodniej. To kraj okupowany przez Maroko i nieuznawany przez większość świata, zepchnięty na margines społecznego zainteresowania. I nawet panie bibliotekarki nie widzą sensu w zamawianiu tej książki dla czytelników. Nie wiedzą, jaką fantastyczną lekturę ignorują.

Na wstępie muszę przedstawić Wam autora – Bartek Sabela to z wykształcenia architekt, który po latach pracy w zawodzie stwierdził, że nie sprawia mu to już satysfakcji i nie tego szuka w życiu. Postanowił zostać reporterem. Tym, co mnie najbardziej uderzyło we „Wszystkich ziarnach piasku”, jest mrówcza praca, jaką wykonał, przekopując materiały źródłowe, by przedstawić burzliwą historię Sahary Zachodniej. Bartek zna angielski, francuski i hiszpański, więc w bibliografii znajdziecie mnóstwo książek obcojęzycznych. Do tego mógł bezpośrednio rozmawiać ze swoimi bohaterami. To reportaż rzetelny i drobiazgowy, od czasu do czasu raczący czytelnika naprawdę pięknym, literackim językiem.

O czym jest ta książka? O niesprawiedliwości, zachłanności, zniewoleniu i zakłamaniu. O wierze, nadziei i solidarności. O dumnym narodzie, który walczy o swoją niepodległość, nie mając żadnego zaplecza militarnego, jedynie dumę i honor. Honor nie pozwala mu przeprowadzać zamachów terrorystycznych przeciw marokańskiemu okupantowi. Za to Maroko, również kraj islamski, nie cofa się przed korzystaniem z najbardziej brutalnych środków, by zniszczyć Saharyjczyków. Dlaczego? Bo chce czerpać ogromne zyski z wydobycia fosforytów i połowu ryb na terenie Sahary Zachodniej. Ale tu nie ma tylko jednego czarnego bohatera. Swoje winy ma też Francja, Hiszpania, ONZ i Unia Europejska. Dramat rozgrywa się kilka godzin drogi od Agadiru, gdzie tysiące europejskich turystów co roku spędzają beztroskie wakacje all inclusive.

 

Maciej Wasielewski – „Jutro przypłynie królowa”

Wydawnictwo Czarne, 2013

jutro przypłynie królowaPitcairn to maleńka wysepka na Oceanie Spokojnym pod jurysdykcją Wielkiej Brytanii. Słynie z wyśmienitych owoców i obłędnego miodu, którym raczy się sama Elżbieta II. Społeczność licząca kilkadziesiąt osób to potomkowie Tahitańczyków i rozbitków z brytyjskiego okrętu Bounty. Na podstawie ich historii powstał słynny film „Bunt na Bounty”. Od kilkunastu lat wielu dziennikarzy próbuje napisać nie mniej słynny reportaż o Pitcairn. Maciejowi Wasielewskiemu to się udało, choć spędził na wyspie zaledwie około 10 dni, podając się za antropologa. Potem, jak każdy obcy, zainteresowany opisem lokalnej społeczności, został z niej wydalony.

Pitcairn to tylko z pozoru raj na końcu świata. W rzeczywistości socjolodzy, antropolodzy, psycholodzy, ale też kryminolodzy mieliby na niej używanie. O ile ktoś by ich na nią wpuścił. Nie wpuści, bo wyspa skrywa wielką tajemnicę. Jej mieszkańcy, żyjący od setek lat w izolacji, stworzyli ogromną komunę, w której lojalność i dyskrecja były podstawą. Przez lata na Pitcairn dochodziło do gwałtów i wykorzystywania seksualnego dzieci oraz niebezpiecznego mieszania się bardzo małej puli genowej.

Autorowi należą się brawa za dotarcie do miejsca, którego wielu z nas nie jest w stanie nawet namierzyć na mapie, i podjęcie karkołomnego wręcz tematu. Już wielu przed nim próbowało, ale zawsze zderzali się z murem podejrzliwości i niechęci lokalnej społeczności. Nie inaczej było z Wasielewskim, który musiał przedwcześnie opuścić wyspę. Ze względu na niemożność dotarcia do większej liczby bohaterów i przedstawienia tematu dogłębniej, jego reportaż jest nieco chaotyczny i wybrakowany. Ale warto przeczytać tę niewielkich rozmiarów książkę, by dowiedzieć się, jak wygląda piekło, a nie raj na ziemi.

 

Marek Rabij – „Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo”

Wydawnictwo W.A.B., 2016

Życie na miaręKsiążka jest rozwinięciem reportażu, jaki Marek Rabij napisał dla „Newsweeka” w 2013 roku po zawaleniu się budynku Rana Plaza w stolicy Bangladeszu – Dhace. Do tej pory dokładnie nie wiadomo, ile ludzi wówczas zginęło, ale liczby są wstrząsające – mogło to być nawet 6 tysięcy osób. Po co pojechał tam polski reporter? Przecież daleki Bangladesz polskiego czytelnika nie interesuje. Otóż powinien interesować. W biurowcu Rana Plaza, absolutnie nieprzystosowanym do umieszczenia tam ciężkich maszyn i opasłych magazynów, szyto ubrania dla największych światowych producentów ubrań. W tym dla polskiej marki Cropp.

Marek Rabij opisuje, że w dniu katastrofy pracownicy urządzili strajk i nie chcieli wejść do budynku, bojąc się o swoje życie i zdrowie. Od pewnego czasu chwiał się w posadach, a na ścianach były widoczne ogromne pęknięcia. Ale opór nic nie dał i zostali zagonieni do pracy. Producent z Europy czeka na wykonanie zlecenia, nie ma zmiłuj. Po kilkudziesięciu minutach budynek runął. Świat był przerażony rozmiarem katastrofy i warunkami, w jakich pracowały szwaczki. Powstało kilkanaście materiałów prasowych i telewizyjnych, ludzie dowiedzieli się, że szwaczki pracują za dwa dolary dziennie, są zmuszane do darmowych nadgodzin. Ale czy coś się zmieniło dla samych Bengalczyków? Czy staliśmy się bardziej świadomymi konsumentami? Czy producenci przestali się wykłócać o każdy cent?

Nie. I to jest w tym reportażu najbardziej wstrząsające. Bo zrobić nic się nie da. Przestając kupować, odbieramy tym ludziom chleb. Kupując nowe i goniąc za trendami, zmuszamy ich do jeszcze cięższej pracy w podłych warunkach. Ta książka porusza bardzo cienkie struny, gra na naszych emocjach. Sam autor stroni od obiektywizmu i dystansu, jest bardzo zaangażowany w temat i nie boi się wygłaszać swoich opinii. Ale nigdy nie przekracza granicy. Dzieli się statystykami, przedstawia kontekst społeczny, a nade wszystko oddaje głos Bengalczykom. Książka otwierająca oczy.

 

Wojciech Tochman – „Dzisiaj narysujemy śmierć”

Wydawnictwo Czarne, 2010

dzisiaj narysujemy śmierćNiesłychane, że Wojciech Tochman zdołał dodać coś jeszcze do niby już wyeksploatowanego tematu ludobójstwa w Rwandzie. Tą książką pokazał swoją klasę i ugruntował pozycję jednego z najlepszych polskich pisarzy-reporterów. Wyszedł od zasady Ryszarda Kapuścińskiego, który mawiał, że zanim napisze się jedną stronę, trzeba przeczytać sto stron tego, co napisali już inni. A o ludobójstwie w Rwandzie, na czele z pracami Jeana Hatzfelda, traktuje już mnóstwo książek. Jednak ten temat Tochmanowi od dawna nie dawał spokoju. Podjął go, aby znaleźć wewnętrzny spokój i spróbować zrozumieć, jak mogło dojść do jednego z największych ludobójstw w historii.

Ale ta książka powstała nie tylko z wewnętrznej potrzeby samego autora. Tochman napisał ją też dla nas. Jak tłumaczy: „Myślę, że namawiam ludzi do przejścia ze strony sprawców na stronę ofiar. Bo jeśli nie potrafisz powiedzieć dwudziestu zdań o tym, co się wydarzyło w Rwandzie w 1994 roku, to jesteś po stronie sprawców. Mordercom chodziło o zupełne zapomnienie ofiar, o wymazanie ich z naszej świadomości (…). Jeśli nie wiesz, co tam się stało, ilu zabito, kto zabijał, potwierdzasz zwycięstwo ludobójców [A. Wójcińska, Reporterzy bez fikcji, s. 72]. Książka mimo niewielkich rozmiarów jest emocjonalnie i treściowo bogata, przemyślana, a nade wszystko pięknie napisana. Wspaniała, wzruszająca lektura.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *