Krótki przewodnik po Maroku

co zobaczyć w maroku

Przedstawiam Wam krótki przewodnik po Maroku z garścią spisywanych na gorąco wrażeń i porad. O tej wyprawie marzyłam od dobrych kilku lat, ale systematycznie ją odkładałam. Na początku roku 2014 umieściłam ją nawet na liście postanowień noworocznych. I gdy rok zbliżał się ku końcowi, zostało mi tylko ono do spełnienia. Stwierdziłam, że albo pojadę teraz, albo nigdy, więc kupiłam bilety lotnicze i… zrezygnowałam z pracy. Tym samym w Nowy Rok weszłam spełniona, szczęśliwa i bezrobotna ;). 

 

Wszystkie wpisy o Maroku przeczytacie tu.

 

Języki obce w Maroku

To mit, że francuski pomaga dogadać się wszędzie, skoro to jeden z języków urzędowych (a dokładnie trzeci w kolejności – po arabskim i berberyjskim). Na północy lub w okolicach Sahary wiele osób go nie zna. Najbardziej pomocny, jeśli chcemy zapuszczać się wszędzie, nie tylko do głównych turystycznych miejscowości, jest arabski. Ale też nie zawsze!

Są miasta zamieszkane niemal w całości przez ludność berberyjską, w których Arabów jawnie się dyskryminuje i słychać w nich jedynie język berberyjski. Wówczas nie należy się chwalić w rozmowach z lokalną ludnością znajomością kilku słów po arabsku. Berberowie w Merzouga stwierdzili, że lepiej używać francuskiego niż arabskiego. Z kolei w oddalonym o 20 km Rissani również Berberowie powiedzieli mi, że wolą rozmawiać po angielsku, bo francuskiego i Francuzów nie lubią. I bądź tu mądry.

Ja w czasie mojego pobytu w Maroku najdłuższe rozmowy prowadziłam po hiszpańsku, którego prócz może dwudziestu słów absolutnie nie znam. Więc był to raczej włosko-hiszpański. Moimi rozmówcami byli spotkani po drodze Argentyńczyk i Berber z Sahary, który od ośmiu lat mieszka i pracuje w Hiszpanii. Trzy razy udało mi się też porozmawiać po włosku. Maroko to kraj, gdzie obok bardzo dużego odsetka analfabetów mamy też wielu poliglotów. Karawany sunące z południa na północ – do Hiszpanii i dalej do Europy, zapewniały nie tylko transport i sprzedaż produktów, ale też rozprzestrzenianie się innych kultur i języków.

Dziś zamiast karawan są jeepy, autokary i minibusy z turystami, dzięki którym mieszkańcy Maroka poznają kolejne języki obce. Wszystkie osoby, z którymi rozmawiałam, nauczyły się ich wyłącznie przez codzienny kontakt z turystami. Żadnych kursów i szkół językowych, wkuwania słówek i gramatyki, a po prostu zwyczajna rozmowa. I niech ktoś spróbuje powiedzieć, że Afrykanie są głupi. Podsumowując, w Maroku trzeba być wielojęzycznym. Podstawą jest arabski i francuski, ale w miastach turystycznych bez problemu można komunikować się po angielsku, a na północy i w okolicach Sahary także po hiszpańsku.

 

Jedzenie i higiena

Jako wegetarianka mogłam tylko szczątkowo smakować kuchnię marokańską. Z potraw bezmięsnych miałam do wyboru właściwie tylko dwie – couscous z warzywami lub tajine z warzywami. Z tym, że couscous na wschodzie był serwowany tylko raz w tygodniu, zazwyczaj w piątki. Mimo tak niewielkiego wyboru jedzenie nie było dla mnie ani trochę monotonne, bo smak obu potraw zależał od użytych w nich warzyw.

A te były różne nawet w dwóch knajpach w tym samym mieście. Różnił się też sposób podania – albo na talerzu, albo w tradycyjnym glinianym naczyniu tajine z pokrywką. Niekiedy było mało przyprawione, innym razem aż za pikantne. Raz wśród warzyw znalazły się wielkie kawałki cukinii, dyni, i marchewki, a raz groszek, oliwki, fasolka szparagowa, ziemniaki i dużo cebuli. Nigdy nie było wiadomo, co się dostanie. Do dań serwuje się także chleb lub bagietkę. Jako turystom będą Wam podane sztućce, ale w Maroku je się rękami i za pomocą chleba.

A jeśli chodzi o sztućce czy szklanki, to niemal zawsze są one niedomyte. Oczywiście mówię o tradycyjnych lokalach dla ludu, a nie o eleganckich restauracjach dla turystów, bo do takich to nawet przez okno nie zaglądałam. Raz zdarzyło mi się poprosić o wymianę widelca, kilka razy sama go domywałam, a raz był tak brudny, że jadłam – uwaga – nożem. Maroko nie jest krajem czyściochów i dla czyściochów. Od razu uprzedzę pytania, które być może zaświtały w Waszej głowie. Nie, nie miałam biegunki, niczym się nie strułam, ani nie powyskakiwały mi żadne zajady na ustach.

A jeśli chodzi o ceny w restauracjach dla ludu, to były bardzo przyzwoite. Moje tajiny i kuskusy kosztowały od 20 Dh (Tanger) do 35 Dh (Essaouira). Ale standardowa cena to 25 Dh-30 Dh. W małych miasteczkach, które są oddalone od wielkich metropolii, transport podnosi ceny. Ale zawsze można się targować – tak, nawet w restauracji. Ja kilka razy zeszłam z 50 Dh na 25-30 Dh.

jedzenie w maroku

 

Transport w Maroku

W Maroku mamy do wyboru prywatny i państwowy transport autobusowy oraz państwową kolej ONCF. Do tego grand i petit taxi w każdym większym i mniejszym mieście. Państwowi przewoźnicy autobusowi to związany z koleją Supr@tours, który ma dworce przy stacjach kolejowych lub w zupełnie innych miejscach niż pozostałe firmy, oraz CTM. Ich autobusy są czystsze (choć i tak wszędzie są przyczepione gumy do żucia), szybsze, nie aż tak wygodne, droższe i wypełnione niemal wyłącznie turystami.

Prywatne autobusy są dla mnie o wiele wygodniejsze, choć brudne i wszystko jest w nich pourywane. Za to ceny bardzo okazyjne, a dodatkowo mamy możliwość podróżowania z samymi Marokańczykami. Co więcej, przed odjazdem w autobusie odbywa się mały bazar i pokaz sztuki kupieckiej. Wchodzą do niego sprzedawcy produktów wszelakich i zachęcają do zakupów. Są napoje, owoce, słodycze i kosmetyki. To samo powtarza się też na kolejnych przystankach.

W państwowych autobusach miejsca są przydzielane automatycznie i nie zabiera się więcej pasażerów niż jest miejsc. Z kolei w tych prywatnych pasażerowie nierzadko stoją w przejściu, a autobusy mają wiele przystanków, na przykład gdzieś przy drodze, aby zabrać kolejnych chętnych. Są również częściej kontrolowane przez policję podczas drogowych kontroli. Te jadące z Chefchaouen, czyli z marokańskiej stolicy haszyszu, są zatrzymywane przez funkcjonariuszy z psami wyszkolonymi do znajdowania narkotyków. Dlatego mój znajomy, gdy odwiedza to miasto, w drodze powrotnej zawsze wybiera Supr@tours, aby nie zostać złapanym.

Autobusy – czy to prywatne, czy to państwowe – zawsze mają przystanki po drodze, aby coś zjeść, zrobić siusiu czy po prostu rozprostować kości. Prócz opłaty za bilet płaci się także za przewóz bagażu – w Supratours 5 Dh, u prywatnych przewoźników – 10 Dh. Ja pierwszy raz miałam do czynienia z prywatnym przewoźnikiem na nocnej trasie ze wschodu na północ, jadąc 13,5 h. Wiele przystanków po drodze, często zmieniający się pasażerowie, różne ciemne typy w środku, bardzo zimno (szczególnie ciągnęło od szyb), ale zadziwiająco dobrze zniosłam tę karkołomną przeprawę. Gdy nad ranem wytoczyłam się z autobusu i wyciągałam plecak z luku, mężczyzna sprzedający na pokładzie bilety bez słowa uścisnął mi dłoń. Nie wiem, czy chciał pogratulować, że to przetrwałam, czy dziękował, że jako turystka zdecydowałam się na taki, a nie inny transport. W każdym razie było mi bardzo miło.

Jeśli chodzi o kolej, to jest droższa od autobusów, zaś siatka połączeń jest bardzo skąpa i ogranicza się tylko do największych miast. Stacje kolejowe często są zlokalizowane z dala od centrum. Właściwie ceny, standard oraz opóźnienia odpowiadają polskiemu PKP. Ja jechałam pociągiem jedynie na trasie Fez-Marrakesz i dłużyło mi się straszliwie, a po dojechaniu do stacji kolejowej byłam potwornie głodna i wymięta. Przede wszystkim dlatego, że pociąg nie jechał po linii prostej do Marrakeszu, tylko najpierw odbił nad wybrzeże – do Rabatu i Casablanki – a potem dopiero jechał w głąb lądu.

W połowie drogi w pociągu było bardzo tłoczno i chyba byłam jedyną osobą, która jechała w nim od początku trasy do samego końca. Ale trzeba przyznać, że taki przejazd to wizualna uczta. Czułam się, jakbym jechała przez kilka krajów, bo krajobraz zmienia się wielokrotnie. Jest zielono i piaskowo-rdzawo, górzyście i płasko. Pada deszcz i świeci słońce. Mija się miasta, wioski i pustkowia. Widzi się lasy, ocean, bociany na dachach i wypasające się owce.

Z jazdą koleją wiążą się dwie osobliwości. Pierwsza to sprawdzanie biletów. W pociągu chodzi dwóch kontrolerów, z których pierwszy puka do każdego przedziału, mówiąc „contrôle”, a drugi po jakimś czasie sprawdza bilety. Dzięki temu każdy ma czas na ich wyjęcie. Jednak najbardziej zadziwiająca praca – a właściwie warunki pracy – przypada dróżnikom. Stoją gdzieś na zupełnym pustkowiu, mają rozbity namiot (rzadziej) lub sklecone jakieś prymitywne schronienie z folii. Zamykają przejazd, choć droga do niego prowadząca jest ledwo zauważalna – albo porasta ją bujna roślinność, albo to jakaś ścieżynka wyznaczona na piasku. W czasie ponad ośmiogodzinnej jazdy pociągiem tylko raz widziałam czekający samochód na przejeździe. Ale dróżnicy trwać na straży muszą, mimo że dziennie puszczają pewnie tylko dwa pociągi.

autobus przejazdy maroko

 

Kawiarnie

W każdym mieście, a nawet w najmniejszej mieścinie zawsze znajduje się kawiarnia. Nad szklaneczką kawy lub herbaty siedzą wyłącznie mężczyźni. Mogą pić tylko to, bo Maroko jest przecież krajem muzułmańskim, więc żadnego alkoholu się nie sprzedaje. Ale zastąpili go inną szkodliwą używką – papierosami. Marokańskie kawiarnie są zawsze zadymione, ale na szczęście są również stoliki na zewnątrz. Mężczyźni potrafią spędzić w kawiarni pół dnia, przyglądając się życiu na ulicy, rozmawiając z innymi klientami lub paląc jednego papierosa za drugim. Często znajduje się w nich także telewizor, a nawet dwa, i wówczas w każdym leci coś innego. Na przykład w jednym mecz piłki nożnej, a w drugim telenowela. W obu dźwięk rozkręcony jest do maksimum i panuje istna kakofonia. To kolejny argument za tym, aby wybierać stoliki na zewnątrz.

Serwowana kawa czy herbata jest albo od razu mocno posłodzona, albo podaje się do niej kilka kostek cukru. Czasem jedno i drugie. Ja kilka razy musiałam się dużo natrudzić, aby wytłumaczyć, że nie chcę żadnego cukru. Dla Marokańczyków jest to rzecz zupełnie niezrozumiała. Jeśli ktoś niczego nie zamówił, nie jest wypraszany. Może siedzieć do woli i patrzeć na przechodniów. Jeśli będzie miał szczęście, jeden z klientów podzieli się z nim herbatą lub kawą, a nawet mu ją zamówi. Niczym niestosownym nie jest też przynoszenie do kawiarni swojego jedzenia. Można zamówić tylko herbatę lub kawę, a śniadanie zrobić już samemu.

Dla mnie marokańskie kawiarnie to przede wszystkim herbata z miętą. Bardzo orzeźwiająca i o wyjątkowym smaku (o ile nie jest posłodzona, bo wtedy dużo traci). Jej cena jest bardzo przystępna, bo za dużą szklankę płaciłam w zależności od miasta od 6 do 10 Dh. W mojej ulubionej kawiarence w Chefchaouen spędzałam długie godziny nad szklanką zielonej herbaty i notatnikiem, spisując swoje podróżnicze historie i przemyślenia.

herbata z miętą maroko

 

Król Mohammed VI

Jego portrety wiszą wszędzie – na dworcach, w sklepach, w hotelach i restauracjach. To porównywalny fenomen do powszechnie czczonego w Turcji Ata Türka. Król cieszy się dużą sympatią i poważaniem. Najbardziej chwali się jego postępowość – prawa uzyskały kobiety i przez lata dyskryminowani Berberowie. To dzięki niemu język berberyjski stał się jednym z języków urzędowych, co nastąpiło dopiero niecałe dwa lata temu. Zresztą matka króla jest Berberyjką. Jego ojciec – Hassan II, wsławił się nienawiścią wobec Berberów, czyli rdzennych mieszkańców Maroka i całego Maghrebu.

Język berberyjski nie był nauczany w szkołach (zmieniło się to dopiero cztery lata temu), a dzieciom nie można było nadawać berberyjskich imion, tylko arabskie. Stąd tak wielu w Maroku Hassanów, Mohamedów i Alich. Król zamykał też w więzieniach na długie lata swoich berberyjskich krytyków. Jeden z moich berberyjskich rozmówców stwierdził, że gdyby nie doszło do zmiany władcy, w Maroku wybuchłyby takie same zamieszki, jak w Egipcie, Libii i Tunezji.

Najbardziej spektakularny wyraz miłości do króla znajduje się w Marrakeszu, w okolicy słynnego Placu Jemma el-Fna. Pewien Marokańczyk, który jest wielbicielem rodziny królewskiej i darzy wielką miłością swój kraj, wszystkie oszczędności życia postanowił przeznaczyć na stworzenie specyficznego dzieła upamiętniającego jaśnie panującego monarchę. Gdy miniemy bramę prowadzącą do jednego z souków, zobaczymy ściany przyozdobione tysiącami muszli i kamieni oraz zdjęciami króla Muhammeda VI w sytuacjach oficjalnych i prywatnych.

Jak głosi napis na tabliczce, zdjęcia można robić za darmo. Choć nie jest to wielkie dzieło sztuki, to jednak pasja twórcy jest godna uznania. Wiele osób chwali sobie nowego władcę i daje temu jawny wyraz, jak chociażby ten sympatyk z Marrakeszu. Jednak spotkałam się także z opinią, że w Maroku nie ma demokracji i wolności. Stąd tak dużo osób opuszcza kraj i szuka szczęścia w Europie.

 

 Zakupy

Bazary, czyli z arabskiego souki, to kwintesencja Maroka. Tak, jak w każdym mieście musi znaleźć się kawiarnia, tak i nie zabraknie w nim bazaru. Oferują one całą gamę produktów – od ubrań po warzywa i owoce. Największy warzywno-owocowy targ znajduje się w Inezgane nieopodal Agadiru. Sama go nie odwiedziłam, ale miałam okazję słuchać relacji Polaka, który na nim był. I stwierdził, że czegoś takiego jeszcze w życiu nie widział. Kilkumetrowe stosy marchewki, a obok pnące się do nieba stosy bakłażanów, ziemniaków, ogórków, mandarynek, cytryn oraz innych płodów ziemi. Zasłaniały cały horyzont i niemal nie dopuszczały promieni słońca. Fenomenalne doświadczenie. Zresztą wizyta na jakimkolwiek marokańskim bazarze jest punktem obowiązkowym. To tu toczy się prawdziwe życie społeczne i to tu można poznać prawdziwe oblicze Maroka.

Ceny na bazarach są niższe od tych, jakie możemy spotkać w nielicznych supermarketach. Na obrzeżach dużych miast często znajduje się Carrefour, zaś w ich centrum można trafić do sieci sklepów Acima. Podczas gdy na bazarach tłumy kupujących są od rana do wieczora, w standardowych sklepach panują pustki. Ale nie są to pustki na półkach. Można zaopatrzyć się we wszystko, czego dusza zapragnie. Europejskie produkty nie należą jednak do najtańszych. Kupimy tu drożej także warzywa i owoce, które mimo to nie będą zbyt wyględne i smaczne. Np. importowane banany kosztowały w supermarkecie 12 Dh, podczas gdy ich standardowa cena na bazarze to 10 Dh (mój rekord to 7 Dh w Tanger – najtańszym zakupowo mieście w Maroku ze wszystkich, które odwiedziłam).

Na marokańskich bazarach nie ma podanych cen. Jedynie we wspomnianym Tangerze po raz pierwszy spotkałam wypisane ceny u sprzedawców warzyw i owoców. Jeśli kupujemy odzież, torebki lub inne pamiątki, musimy od razu nastawić się na ostre targowanie. Zazwyczaj od ceny początkowej należy uciąć przynajmniej połowę (przy droższych produktach nawet 2/3), ale też nie należy przesadzać, jeśli coś i tak jest tanie. Naszego budżetu to przesadnie nie obciąży, za to Marokańczykom będzie to robiło dużą różnicę.

Przy zakupie warzyw i owoców nie można ich dotykać, bo jest to źle odbierane. Czasami sprzedawca sam nakłada je do torby, a innym razem rzuca nam plastikową miskę, abyśmy nałożyli tyle, ile chcemy. Wagi zazwyczaj są z odważnikami, co daje pole do drobnych oszustw. Po kilku dniach nauczycie się, że kilogram bananów to z reguły sześć średnich sztuk lub będziecie umieli rozpoznawać wagę na oko. Aby nie być ofiarą zawyżanych cen dla turystów, możecie pytać kupujących przed Wami, ile zapłacili za daną rzecz. Najwięcej będą z Was zdzierać w Fezie i Marrakeszu. W małych miasteczkach, choć ludzie są biedniejsi, są też uczciwsi.

 

Przykładowe ceny w Maroku (1 Dh = 0,40 zł)

  • woda 1,5 l – 6 Dh (w supermarkecie 5 Dh)
  • chleb – 1-3 Dh w zależności od wielkości (bardzo dobry!)
  • avocado – 20 Dh/kg (w supermarkecie na promocji 12 Dh/kg)
  • banany – 7-10 Dh/kg
  • mandarynki – 4 Dh/kg (Maroko to kraj mandarynek. Ze względu na niską cenę kupuje się je kilogramami. Typowym widokiem są wielkie siaty wypełnione mandarynkami niesione przez ludzi wracających z bazarów. Niestety są i niechlubne skutki popularności tych owoców, czyli skóry leżące na ulicach. A sprzyja temu brak śmietników.)
  • znaczek pocztowy – 8,5 Dh
  • jabłka – 7-15 Dh/kg (kupione w Fezie były fatalne, za to te z Tangeru smakowały pierwszorzędnie)
  • ciastko francuskie – 2,5 Dh
  • jogurt naturalny – 1,95 Dh (w supermarkecie)
  • daktyle – 40 Dh/kg

ceny maroko

 

Kontrasty

Maroko to kraj bardzo zróżnicowany krajobrazowo, kulturowo i społecznie. Z jednej strony wielkie samochody jedynie z kierowcą w środku (często to kobieta, co na wschodzie się nie zdarza), a tuż obok wielu biedaków i żebraków na ulicach. Dzieci grzebią w śmietnikach, a ludzie starsi siedzą na ziemi i sprzedają jakieś używane rzeczy, chusteczki lub po prostu czekają na jałmużnę. Gdy jadłam obiad w Tangerze, obok mnie siedziała cudzoziemka mówiąca po angielsku, arabsku i hiszpańsku. I dam sobie rękę uciąć (no, może mały palec), że wyglądała jak Brigitte Bardot, tylko miała krótkie, siwe włosy. Nie dojadła swojego posiłku, zostawiając kilka frytek i trzy smażone plastry papryki. Podeszło do jej talerza dwóch mężczyzn i zabrało resztki – jeden frytki, drugi paprykę. Podróżując po Maroku, trzeba mieć na uwadze fakt, że ubóstwo i głód mieszkańców będą naszym nieodłącznym towarzyszem.

Jeśli chodzi o zróżnicowanie krajobrazowe, to każdy znajdzie tu coś dla siebie. Zarówno łowcy przygód i poszukiwacze egzotyki, jak i miłośnicy gór, przyrody, sportów wodnych oraz słońca. Najsłynniejsze miasta, czyli Fez i Marrakesz, to Maroko znane z książek i wyobrażeń: żar lejący się z nieba, gwarne place i ulice, souki zapełnione przepięknymi produktami oraz mediny złożone z plątaniny uliczek i ciemnych zakamarków. Do tego, niestety, tłumy turystów. Położona nad oceanem Essaouira to z kolei mekka hippisów, windesurferów i kitesurferów. Nawet Bob Marley chciał kupić pobliską plażę. Chefchaouen to dla wielu najbardziej urokliwy zakątek w całym Maroku. I ja się pod tym podpisuję. Chyba każdy będzie nim zachwycony. Uwielbiam też międzynarodowy i wielkomiejski Tanger oraz wschodnią część kraju z pustynią i małymi miasteczkami zamieszkiwanymi przez prostolinijnych i życzliwych ludzi, którzy w turystach widzą gości, a nie portfele na dwóch nogach.

 

przewodnik po maroku

pustynia maroko

Grudzień 2014 r.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *