Krótki przewodnik po Iranie

przewodnik po iranie

Przedstawiam Wam krótki przewodnik po Iranie z garścią spisywanych na gorąco wrażeń i porad. To kraj na tyle egzotyczny i nieznany, że narosło wokół niego wiele mitów i stereotypów. W niniejszym wpisie próbuję się z nimi rozprawić, jednocześnie dzieląc się praktycznymi radami i pokazując, jak fascynująca, autentyczna i wciąż nieodkryta jest to część świata.

 

Na początek kilka informacji w pigułce – dla niektórych dobrze znanych, dla innych być może stanowiących odkrycie.

  • Iran nie jest krajem arabskim, tylko muzułmańskim i nie zamieszkują go Arabowie, tylko Persowie.
  • Arabowie podbili starożytną Persję w VII wieku, narzucając jej islam.
  • Religią obowiązującą w Iranie jest islam szyicki, podczas gdy niemal cały świat arabski to sunnici.
  • Tradycyjną religią Iranu jest zaratusztrianizm dopuszczający m.in. picie wina (alkohol w islamie jest zabroniony).
  • Państwa arabskie to wrogowie Iranu. Podobnie jak Turcja.
  • Ale największym wrogiem pozostają Stany Zjednoczone, choć jednocześnie to tam osiedliła się największa liczba irańskich emigrantów po rewolucji islamskiej w 1979 roku.
  • Iran nie jest krajem terrorystycznym – żaden Irańczyk nigdy nie przeprowadził ani nie sfinansował zamachu w tzw. „zachodnim” świecie (choć Iran finansuje organizacje z Bliskiego Wschodu uznane przez Zachód za terrorystyczne)
  • Iran nie jest imperium nuklearnym – broń nuklearna nigdy nie została użyta, zaś jako pierwsi w historii posłużyli się nią… tak, tak, Amerykanie.
  • To kraj, gdzie poetów otacza się ogromnym kultem, a rodzima kinematografia przedstawia bardzo wysoki poziom artystyczny (m.in. dwa Oscary dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego w ostatnich latach)
  • Iran stoczył 8 wojen z Irakiem, a w wielu miastach znajdziemy portrety męczenników, którzy zginęli za ojczyznę.
  • W północno-zachodniej części Iranu leży irański Kurdystan (tzw. wschodni Kurdystan – Rojhelat) ze stolicą w Kermanszah.

 

Wszystkie wpisy o Iranie są dostępne tu.

 

Język

Znajomi wielokrotnie mnie pytali, w jakim to języku dogadywałam się z Irańczykami. No jak to w jakim? W farsi oczywiście! Jeśli wystarcza Wam poruszanie się między hotelem dla turystów, typowymi atrakcjami dla turystów i restauracjami dla turystów, to angielski w zupełności Wam wystarczy. Bilet na autobus też raczej bez problemu kupicie. Ale wzięcie taksówki, zakupy na bazarze (poza bardzo turystycznymi miejscami jak Sziraz, Teheran i Isfahan), spanie w hotelu prowadzonym przez irańską rodzinę lub posiłek w lokalnej knajpce lub fast foodzie wymaga przynajmniej posiadania rozmówek. Wszystkie napisy na ulicy są wyłącznie w farsi, czasem także nazwy hoteli, więc bez skutku możecie szukać dobrze znanych literek. Jedynie znaki drogowe i metro są przyjazne turystom.

Z kolei ceny w sklepach i na bazarach są wyłącznie w alfabecie arabskim. Choć przez pierwsze dni cyfry zdają się być nie do opanowania, to przy odrobinie chęci łatwo się ich nauczyć. Uwierzcie mi, że ogromną satysfakcję sprawia, gdy możemy w końcu odszyfrować numery telefonów na witrynach czy ceny w sklepach. Dla treningu ćwiczyłam rozpoznawanie cyfr, gdziekolwiek je spotkałam oraz powtarzałam liczebniki, jadąc metrem. Świat stał się o wiele piękniejszy, gdy już się ich nauczyłam. Ale czasem ignorancja liczbowa ma swoje plusy i pomaga uniknąć frustracji. Wówczas nie porównamy cen wstępu dla turystów i dla Irańczyków. Przebitka bywa dziesięciokrotna.

Dla przykładu  – cena w farsi to 20.000 riali, cena po angielsku urosła do 200.000 riali.

 

Jedzenie i zakupy

Iran okazał się kulinarnym rozczarowaniem. Niby kraj stojący grantami, ale w czasie mojego pobytu nie zjadłam żadnego. Niby raj dla smakoszy pistacji, ale ich ceny są niemal takie jak w Polsce. Niby za miedzą Bliski Wschód, czyli moja ulubiona kuchnia, ale lokalne falafele to najczęściej biała bułka z pomidorem i ogórkiem, a na mieście najczęściej spotkacie wszechobecne fast foody serwujące burgery, kebaby i wspomniane falafele. Restauracji lub kantyn jest jak na lekarstwo. A w nich króluje ryż, kurczak i pizza. Mało orientalne menu, prawda? Ale jako weganka nigdy nie głodowałam i nie miałam problemu z kupieniem czegoś zdrowego.

Wybawieniem są bazary, bez których nie może obyć się żaden kraj muzułmański. Kupimy na nich prócz warzyw i owoców także rozmaite orzeszki (ulubiona przekąska Irańczyków) oraz suszone owoce. W ich okolicy na pewno będą też budki serwujące proste posiłki na wynos. Na ulicach natkniemy się również na pojedyncze sklepiki warzywno-owocowe. W każdym do kupienia będą na pewno bakłażany, pomidory, lokalna zielenina, ogórki i pomarańcze. To irański standard. Uliczne lokale gastronomiczne serwują też świeżo wyciskane soki (z marchewki, melona i granatu – nie spotkałam wcale) oraz lody z automatu. Te ostatnie są najlepszym sposobem na ochłodę, wszak w Iranie obowiązuje zakaz picia alkoholu, więc oficjalnie zimnym piwkiem się nie schłodzicie. Ale nieoficjalnie już tak.

1. Menu w fast foodzie tylko w farsi

 

2. Bazary tonące w przyprawach i warzywach

 

3. Moje irańskie dania: pizza wegetariańska, zupa z soczewicy i pasta z bakłażana, ryż przyprawiony szafranem z warzywami (tak, ta brązowa papka to owe warzywa), falafel

Iran jedzenie

 

4. W irańskim supermarkecie

Iran sklepy

Iran ceny

 

Przykładowe ceny produktów (dla ułatwienia przyjmijmy, że 10.000 riali to 1 zł):

pomidory – 40-60.000 riali / kg

banany – 50.000 riali / kg

woda 1,5 l – 10.000 riali

woda 0,5 l – 5.000 riali

chleb – 10.000 riali

papryka – 45.000 riali / kg

kanapka falafel – od 20.000 do 50.000 riali, średnio 30.000 (podobna cena mięsnych kanapek)

posiłek w restauracji – 150.000-350.000 riali

jabłka – 35-65.0000 riali / kg

pomarańcze – 35.000 riali / kg

suszone daktyle – 50-70.000 riali / kg

pistacje – 400.000 riali /kg

sok marchwiowy – 20-30.000 riali

lody z automatu – 20.000 riali

 

Noclegi

Są różne szkoły szukania noclegu – ja w czasie długich podróży rezerwuję je na bieżąco z dnia na dzień lub przyjeżdżam do danego miasta i rozglądam się za jakimś hotelem już na miejscu. Iranu nie obejmują popularne serwisy rezerwacyjne, np. booking.com, więc pozostała mi tylko ta druga opcja. No, jest jeszcze trzecia – nocowanie w hotelach z przewodnika Lonely Planet, ale problem w tym, że są one zazwyczaj pełne, bo wszyscy turyści z niego korzystają i kierują swoje kroki do rekomendowanych w nim hoteli. Ja nie po to wyjeżdżam do orientalnego kraju, aby zamknąć się w turystycznej, zachodniej bańce, więc zawsze szukałam noclegu na własną rękę.

Poza pierwszym hotelem w Teheranie, który zaklepałam wcześniej, wszystkie inne znajdowałam po przyjeździe do danego miasta. Czasami to nocleg znajdował mnie, jak w Kaszan, gdy pewien Irańczyk zaczepił mnie na ulicy. Raz poszukiwania były dłuższe, innym razem krótsze. Niekiedy dawałam sobie radę sama, w innych przypadkach musiałam skorzystać z pomocy mieszkańców i pytać ich o jakiś tani hotel. Czasem bezsilna stwierdzałam, że niczego nie znajdę i będę spać na ulicy, po czym trafiałam do uroczej nory. Jadąc do Sziraz, Jazd i Isfahan straszono mnie, że nie ma wolnych miejsc w hotelach, nawet w takich lokalnych, gdzie ludzie nie mówię po angielsku. Ale ja sobie poradziłam.

Problem z noclegiem miałam tylko raz – w Kerman, a to tylko dlatego, że są w nim bodajże tylko cztery hotele. Dwa były pełne, jeden nie miał żadnego prysznica, mimo że kosztował majątek, więc wylądowałam w czwartym, dzieląc pokój z pewną Francuzką, aby nie zbankrutować. Najwięcej za nocleg zapłaciłam w Isfahan i Kerman (700.000 riali/noc), a najmniej w Kermanszah (200.000 riali/noc), gdzie zresztą trafiłam do najgorszego i najbrudniejszego hotelu w czasie całego pobytu. Najlepszy nocleg miałam w Jazd, nocując w apartamencie z aneksem kuchennym, łazienką i telewizorem z telewizją satelitarną w cenie 500.000 riali za noc.

Mój najlepszy nocleg – apartament en suite z aneksem kuchennym

 

Piekarnie

Szukając piekarni w Iranie, można zastosować jedną z trzech metod tropiących: podążać w kierunku, z którego idą ludzie trzymający w ręku chleb (rano jest ich mnóstwo), wyszukać grupkę ludzi stojącą przez jakąś małą budką lub po prostu kierować się zapachem świeżo wypiekanego pieczywa. Gdy dotrzemy już do piekarni, często można przed nią spotkać chleb nadziany na hak – ot, taka nietuzinkowa oznaka, że akurat jest w sprzedaży. Chleb w Iranie wypieka się zarówno rano, jak i po południu z przerwą na odpoczynek w środku dnia.

Poranne wypady w poszukiwaniu piekarni były moim ulubionym rytuałem. To, jaki chleb dziś dostanę, bywało niespodzianką, bo jego wygląd i smak zależą od miasta, w jakim się przebywa. Bywał długi i podziurawiony jak szwajcarski ser (to przez kamyczki, na których go wypiekano) lub okrągły i posypany sezamem. Ale jedna rzecz się nie zmieniała – jego cena. Kosztował zazwyczaj 10.000 riali, czyli 1 zł za bochenek, który starczał na cały dzień dla dwóch osób. Jego jedyną wadą było to, że bardzo szybko robił się gumiasty.

W Iranie zazwyczaj tylko mężczyźni stają w porannych kolejkach po chleb, dlatego moja obecność wzbudzała za każdym razem niemałą sensację. Na zakup zazwyczaj długo się czeka, bo jest na bieżąco wypiekany po kilka sztuk, a jedna osoba potrafi kupić całą, dopiero co wyciągniętą z pieca turę. Ja w tym czasie lubiłam obserwować mężczyzn z kolejki i piekarzy, którzy cali w mące co i rusz wycierali pot z czoła i bez zbytniej kurtuazji rzucali gotowe bochenki na stół. Odrobiny wprawy wymaga powrót do domu z zakupionym i wciąż gorącym chlebem. Jest on duży, zazwyczaj podłużny i bardzo parzy w palce. Dlatego trzeba go trzymać za koniuszek, a wtedy wisi niemal do ziemi.

1. Chleb wywieszony, czyli jest w sprzedaży

 

2. Powrót z piekarni z parzącym bochenkiem

 

3. W piekarni

 

Pikniki

W Europie to Francuzi są mistrzami piknikowania, ale Irańczycy biją ich na głowę. Ujmuje mnie ich towarzyskość i pielęgnowanie więzów rodzinnych oraz upodobanie do spędzania czasu wolnego na łonie natury. Każda zielona miejska przestrzeń jest przez nich zajmowana od wczesnych godzin popołudniowych do późnego wieczora. Na piknik potrafią zabrać wszystko – od herbaty i kawy, poprzez ciepły posiłek (i to wielodaniowy), a na owocach i deserze kończąc. Dzieci się bawią, dorośli rozmawiają i tak mijają kolejne błogie godziny. Pikniki to też naturalna odpowiedź na brak knajpek w irańskich miastach, które serwowałyby coś bardziej wymyślnego niż falafel, pizza, kebab i frytki.

Iran pikniki

 

Toalety

W Iranie niemal wszystkie toalety (z wyłączeniem tych hotelowych, gdzie zatrzymują się zachodni turyści) są w typie tureckim. Czyli kucamy i robimy do dziurki, a z papieru toaletowego skorzystamy tylko wtedy, jeśli sami go przyniesiemy. Straszne? Ależ skąd. Można się przyzwyczaić, a do tego jest to bardzo zdrowe, zdrowsze niż siedzenie na muszli. Ja po pewnym czasie, mając do wyboru w hotelowej toalecie dwa kibelki, wybierałam ten w wersji muzułmańskiej. Jest on wyprofilowany tak, że wystarczy stanąć na miejscu przeznaczonym na stopy, kucnąć i wszystko trafi tam, gdzie ma trafić. W Iranie po raz pierwszy spotkałam się ze spłuczkami w toalecie tureckiej – nie trzeba więc używać wiaderka lub wężyka z wodą. Niezwykły luksus.

Z kolei w każdej toalecie publicznej, nawet w najbardziej zapomnianym przez Allaha zakątku, znajdzie się mydło. I to mydło w dozowniku! Takich rzeczy to nawet w Polsce nie ma. Do tego wejścia do toalet przeznaczonych dla kobiet są zasłonięte kotarami, aby mogły w środku swobodnie się obmyć lub zdjąć chustę i mieć pewność, że nikt ich nie podejrzy. Jeśli nie będziecie wiedzieć, która toaleta jest dla kobiet, a która dla mężczyzn (nie zawsze wisi obrazek, niektóre są tylko podpisane w farsi), to właśnie kotara przy wejściu jest dobrą podpowiedzią. Czasem toalety dla kobiet są położone w podziemiu, podczas gdy dla mężczyzn – na poziomie parteru.

 

Banki

Jakich budynków jest w Iranie najwięcej? Meczetów? Bynajmniej. Banków! Nie znajdziecie sklepu z wodą lub kantoru, ale na pewno traficie na jakiś oddział banku. Jest ich więcej niż w Warszawie, czasem trzy tuż koło siebie (oczywiście po jednej stronie ulicy, bo po drugiej znowu mamy jakieś filie). Byłam ciekawa, z czego wynika taka ich mnogość. Zapytałam mojego młodego rozmówcę z Isfahanu, czy jest ich tyle, bo naród jest bogaty i trzyma w nich oszczędności, czy wręcz przeciwnie – jest tak biedny, że bierze w nich pożyczki. I jedno, i drugie. W Iranie lokaty bankowe są wyjątkowo wysoko oprocentowane – na 21%. Takie samo oprocentowanie dotyczy też oczywiście kredytów. Wielu Irańczyków chce pożyć przez chwilę jak bogacze, a potem zaczyna się płacz i zaciskanie zębów, gdy to wszystko trzeba spłacić.

Siedziby banków są naprawdę okazałe i można je pomylić z jakimiś zabytkami lub budynkami rządowymi. Mój rozmówca śmiał się, że budynek Melit Banku (największy i jeden z trzech najlepszych banków w Iranie) niedaleko Placu Imama w Isfahan wygląda jak Biały Dom w Waszyngtonie.

 

 

Przejazdy

Poruszanie się autokarem po Iranie jest komfortowe i bardzo tanie. Kraj oplata nowoczesna i rozległa sieć dróg, kierowcy jeżdżą ostrożnie, a autokary są czyste i w dobrym stanie. Dodatkowo każdy podróżny dostaje zestaw przetrwania – soczek i jakieś słodkości. Za przejazd 200 km zapłacimy około 10 zł. Taksówki po mieście bywają droższe od autokarów na trasach międzymiastowych. Z zakupem biletu tuż przed odjazdem nie ma problemu. Zazwyczaj, jak przychodzi się na dworzec, naganiacze wykrzykują miejsca docelowe, szukając ostatnich chętnych na przejazd. Autokary występują w wersji normalnej i VIP – bilet jest wówczas dwa razy droższy, ale siedzenia są wygodniejsze (z podnóżkiem), bywa nawet wi-fi, a liczba pasażerów jest mniejsza.

Poruszać się po mieście można albo licznymi, naprawdę licznymi taksówkami, albo autobusami miejskimi, które nie mają rozkładu jazdy, są zniszczonymi starociami, ale za to bardzo swojskimi. Namawiam, aby się ich nie bać, choć trzeba znać kilka słów w farsi, aby dogadać się z kierowcą lub ludźmi na przystanku. Autobusy miejskie kosztują 5.000-10.000 riali, podczas gdy za taksówkę (gdy jedzie się samemu) trzeba zapłacić nawet 100.000 riali. Najgorzej jest brać taksówkę tuż przy samym dworcu, bo wówczas cena jest najwyższa. Należy odejść dalej i łapać ją na ulicy. Usługi transportowe świadczą też prywatne samochody bez znaczka taxi. Ja jednak wolałam korzystać z tradycyjnych taksówek. Płaciłam za nie od 30.000 do 70.000 riali, oczywiście po ostrych negocjacjach. Można przyjąć, że opłata za przejazd z dworca do hotelu to koszt ok. 50.000-100.000 riali.

Nie dane mi było skorzystać z irańskiej kolei, bo gdy chciałam łapać pociąg na trasie Qom-Kashan, okazało się, że tego dnia żaden nie kursuje. Poza tym już niemal kupiłam bilet lotniczy z Bandar-e Abbas na południu Iranu do Teheranu (kosztował jakieś 120 zł!), ale koniec końców zmieniłam trasę podróży i kraj oglądałam tylko przez okno autokaru. Bilety lotnicze są naprawdę tanie, bo ceny narzuca państwo, a do tego mamy do wyboru kilka wewnętrznych linii lotniczych. Podobno przed startem samolotu wszyscy odmawiają modlitwę, a linia Mahan Air, którą zamierzałam lecieć, jest własnością jakiegoś irańskiego ajatollacha.

Autobus VIP z zewnątrz i od środka

Iran autobusy i przejazdy

 

Przykładowe ceny przejazdów międzymiastowych:

Teheran-Qom – 70.000 riali

Qom-Kashan – 75.000 riali

Kashan-Isfahan – 100.000 riali

Isfahan-Yazd – 215.000 riali

Yazd-Kerman – 160.000 riali

Kerman-Shiraz – 210.000 riali za 8 h jazdy

Shiraz-Kermanshah [VIP] – 550.000 riali za 16 h jazdy

Kermanshah-Teheran [VIP] – 460.000 riali za 7 h jazdy

 

Murale

W Iranie znalazłam sobie ciekawe hobby – fotografowanie miejscowych murali. Ich tematyka i sposób wykonania są naprawdę zaskakujące, zupełnie różne od tego, co spotyka się w innych częściach świata. Lubiłam wałęsać się po miastach i szukać tych perełek na murach. W każdym zawsze coś znalazłam. Najsłynniejsze murale znajdują się w Teheranie na ogrodzeniu dawnej Ambasady Stanów Zjednoczonych. Na tle Statuy Wolności z twarzą czachy prawie każdy turysta robi sobie zdjęcie.

Teheran mural Ameryka

Kwiecień, maj 2017 r.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *