Kom – najbardziej konserwatywne miasto Iranu

Kom

Kom (Qom, wym. gom) jest miastem, które pokochałam i znienawidziłam. Doświadczyłam tu jednych z najbardziej przykrych, jak i najbardziej niepowtarzalnych chwil. Byłam oszołomiona ludzką życzliwością i gościnnością, by po chwili wściekać się z powodu prób oszustwa i kantów. Dwudniową wizytę w Kom, świętym mieście szyitów, uważam za najważniejszy moment mojego pobytu w Iranie.

 

Planując trasę swojej podróży, ani przez chwilę nie zastanawiałam się, czy umieścić na niej Kom. Chciałam nie tylko tam przyjechać, ale też przenocować, aby w pełni poczuć religijny klimat tego miejsca. Ale mimo że jest położone godzinę drogi z Teheranu, dotarcie do niego i znalezienie hotelu trwały zdecydowanie za długo. Najpierw przez ponad godzinę czekałam na odjazd mojego autobusu z Teheranu, który od tej ponad godziny grzał już silnik. Według mojego naganiacza miał odjechać „teraz” (hala). Obok i przede mną siedzieli dwaj duchowni – jeden rozmodlony, a drugi z żoną. Rozmodlony był młodszy i równie gorliwie odmawiał modlitwę, co grzebał w swoim smartfonie. Ich obecność była jasną oznaką tego, że jadę do jednego z dwóch, obok Meszhedu, najbardziej religijnych miasta Iranu.

 

Poszukiwania w Kom

Gdy już dotarłam na miejsce, czekał mnie godzinny spacer w upale z dworca do centrum. Od zawsze bojkotuję brać taksówkarską, korzystając z jej usług tylko w sytuacjach daleko posuniętej konieczności. Ponadto spacery z dworca są moim utartym rytuałem, który pomaga mi poznać nowe miasto. Jednak w Kom do centrum trafić nie było łatwo, a że w końcu tam dotarłam, było chyba zasługą samego Allaha. Jednak na tym nie zakończyły się moje poszukiwania tego dnia. Czekało mnie najtrudniejsze zadanie – znalezienie hotelu.

Gdy tak się błąkałam po głównym placu, zaczepił mnie chłopak niemówiący po angielsku (posiłkowaliśmy się moimi rozmówkami w farsi), który najpierw zaprosił mnie na sok marchwiowy  (tak, w Iranie jest podryw na sok marchwiowy albo na lody), potem chciał zabrać na lunch (ale ja twardo stałam przy swoim – najpierw znajdźmy hotel, potem możemy iść ewentualnie coś zjeść), zaproponował nocleg u siebie w domu, bym była jego gościem (oczywiście się nie zgodziłam, trzeba się szanować i dbać o wizerunek Europejki w krajach muzułmańskich), zadzwonił do swojego taty, który zna angielski (tak, rozmawiałam przez telefon z jego tatą), aż na koniec wyznał, że jestem aniołem. Dużo jak na godzinę znajomości.

Problem w tym, że mój towarzysz absolutnie nie pomagał mi w szukaniu hotelu. Był równie zagubiony, co ja i nawet nie dopytywał się ludzi wokół, gdzie może być tani hotel. A jesteśmy w jednym z centrów pielgrzymkowych Iranu, który rocznie gości miliony turystów. Tu musi być hoteli na pęczki! Także tych tanich, dla mniej zasobnych szyitów. Gdy zmęczona i zniechęcona chciałam iść do trzygwiazdkowego hotelu na głównym Placu Astane, który zapewne był horrendalnie drogi, stwierdził, że to zły hotel, bo prowadzony przez Arabów. Już nie mogłam słuchać tych wymówek i znieść swojej i jego bezsilności, więc w końcu kazałam mu zaprowadzić mnie do jakiegokolwiek hotelu, który on zna i poleca.

 

Sukces poszukiwań

Ale to nie było łatwe, bo należało przejść przez plac z meczetem. Ale to nie był zwykły meczet. To był jednej z trzech najświętszych meczetów Iranu – mauzoleum Fatimy al-Masumy, siostry ósmego imama Alego ar-Ridy. Pewnie nic Wam to nie mówi, ale uwierzcie na słowo, że jest to otoczone wielkim kultem miejsce. Wpuszczano do niego tylko kobiety w czadorach i tradycyjnie były dwa oddzielne wejścia dla kobiet i mężczyzn oraz rewizja osobista. Moj perski Cassanova powiedział, że mam iść przez moje wejście dla kobiet, wyjść i wtedy trafię do hotelu. Umówiliśmy się, że będzie na mnie w nim czekał o 20. No dobra, pomyślałam, już sobie idź. Ale on nie dawał za wygraną i jeszcze chciał mój numer telefonu. Ja na to: „Po co Ci mój numer, jak nie znasz angielskiego?”.

Poszedł, a ja próbowałam przejść przez kontrolę osobistą. Pani strażniczka mówi do mnie: „Tylko w czadorach”. Ale tym razem obok nie leżały żadne śmieszne prześcieradła w kwiatki, trzeba było mieć swój. Nie mogłam wejść, musiałam się wrócić. A mojego towarzysza już nie było. Aby nie przynudzać, hotel w końcu znalazłam. Ale nie bez kłopotów. Najpierw trafiłam do takiego, położonego w bocznej uliczce, w którym odmówiono mi pokoju, bo jestem samotną kobietą. Wyszłam przybita i pierwszego lepszego Irańczyka spotkanego na ulicy zapytałam o jakikolwiek hotel. Ten bardzo się ożywił i podał mi nazwę jakiegoś przybytku, wskazując kierunek, w którym mam iść. Za pomocą innego miłego pana, który mnie do niego zaprowadził, w końcu znalazłam nocleg w Kom. Hotel był pod moim nosem, przechodziłam koło niego cztery razy. Jak to się stało, że go nie widziałam? Bo był opisany w farsi!

 

Kom – centrum pielgrzymkowe

Nikt tu nie mówi po angielsku, nawet w hotelu musiałam rozmawiać w farsi. Kom jest moją nadzieją, że Iran jednak nie stanie się turystyczny. Chyba że wszyscy turyści będą znać farsi i stosować się do panujących tu reguł. Między innymi takiej, że WSZYSTKIE kobiety noszą czadory. Naprawdę, nie ma wyjątków. Ja w czarnej chuście, w czarnych spodniach i czarnej tunice byłam niemalże wytykana palcami. Czułam się, jakbym chodziła wśród nich w kostiumie kąpielowym. W moim hotelowym pokoju znalazłam mały zestaw religijny – dywanik modlitewny, Koran i kamyczek modlitewny (turbah).

Ale mimo tej powierzchownej konserwatywności ludzie okazali się wspaniali. Kupowałam falafela (zawsze wszystkie konwersacje tylko w farsi) – chcą mi dać go za darmo. Stoję w kolejce po lody, podchodzi kobieta – ta z kolei była ewenementem, bo znała angielski – i mówi, żebym była jej gościem, oferując mi swojego dopiero co kupionego loda. Sprzedawcy też bardzo mili, nawet kierowcy samochodów okazali się nieco bardziej przyjaźni niż w innych częściach Iranu. Świecili światłami z daleka, żeby szybko przebiegać przez ulicę zamiast trąbić na przechodniów i niemal ich rozjeżdżać. Kom, jako centrum pielgrzymkowe, ma też świetną bazę gastronomiczno-handlową. Wokół głównego placu znajduje się mnóstwo sklepów, lokali z jedzeniem, kantorów i innych potrzebnych przybytków. Pod tym względem, obok Isfahan, było to najlepsze irańskie miasto.

 

Kom – centrum religijne

W 200 roku hidżry, czyli wywędrowania proroka Mahometa z Mekki do Medyny, imam Ali al-Rida w czasie przejazdu z Medyny do Chorasanu zatrzymał się w Kom. Dom, w którym nocował, został później przekształcony w medresę. Rok później (816 rok n.e.) jego siostra Fatima al-Masuma przybyła do miasta, gdzie po krótkiej chorobie zmarła i została pochowana. Jej grób stał się miejscem pielgrzymek szyitów, a samo miasto ochrzczono jako „Święte Kom”. Tak rozpoczyna się historia tego miejsca, które zalicza się do 10 najważniejszych centrów religijnych świata islamu. W Iranie jest wręcz najważniejszym. Co prawda w Meszhed mieści się najświętsze z najświętszych mauzoleum, ale Kom bije go na głowę, biorąc pod uwagę liczbę świątyń, szkół seminaryjnych, instytutów religijnych i bibliotek islamistycznych. Studiuje tu ponad 40.000 studentów z 80 krajów świata.

Iran jest państwem teokratycznym, w którym rządzą na dobrą sprawę duchowni. I to właśnie w Kom znajduje się centrum kierowania całym krajem. Tu stacjonują ajatollahowie, czyli najwyżsi duchowi przywódcy, którzy wyznaczają kierunki rozwoju, a raczej zastoju kraju. Mówią prezydentowi i premierowi, co można, a czego nie można. Wszystko po to, aby tradycja Rewolucji Islamskiej była wciąż żywa i przetrwała jak najdłużej. Niektórzy twierdzą, że to tutaj miała swój początek, kiedy to w lokalnej prasie ukazał się artykuł obrażający Chomejniego. Pewne jest to, że po obaleniu szacha ajatollah osiadł w Kom, mieszkając aż do śmierci w domu swojej córki.

Miasto i tryb życia jego mieszkańców są podporządkowane religii. Niemal codziennie odbywają się tu jakieś religijne procesje, które największą intensywność przybierają w każdy piątek (dzień wolny i święty dla muzułmanów) oraz w dni świąt religijnych. Przed każdym piątkiem ściągają do Kom tłumy wiernych, a miejscowe hotele pękają w szwach, choć nie zawsze dla wszystkich znajdzie się miejsce. Największą atrakcją miasta nie są zabytki i przepiękne, pełne zbytku meczety, ale możliwość obserwowania religijnych rytuałów szyitów. Jak są ubrani, w jaki sposób się modlą, jak spędzają czas poza meczetem i w meczecie. Dla mnie to była fascynująca obserwacja.

 

Czadowy czador

Jako że nie lubię wzbudzać sensacji i chciałam zobaczyć mauzoleum Fatimy, więc… nabyłam szałowy czador. Nie było trudno go kupić, bo wszystkie sklepiki na Placu Astane, tuż przy wejściu do świętego meczetu, miały je w swojej ofercie. Targowałam się ostro, schodząc z 650.000 riali do 400.000. Sprzedawca śmiał się z mojej nieporadności, gdy próbowałam założyć na siebie czador. Po zakupie nie zdjęłam go, tylko od razu podreptałam do meczetu. Stoję w kolejce do kontroli, a strażniczka pyta mnie, gdzie mój patron. Ja na to, że nie mam – jestem sama. W takim razie nie mogę wejść. Biorę ich na litość, mówiąc, że przecież mam czador i czy nie mogę wejść choćby na 5 min. Pytają, skąd przyjechałam i czy jestem muzułmanką. W końcu pozwalają mi wejść, ale nie idę sama, tylko w asyście przyzwoitki. Kontrola bezpieczeństwa okazała się naprawdę surowa. Zaglądają wszędzie, strażniczka obmacuje mnie bez pardonu, nawet po biuście. Wow!

Przechodzę dalej, ale mogę wejść nawet nie na sam plac, a co dopiero mówić o wejściu do meczetu, tylko na skrawek placu. Przyzwoitka pozwala mi zrobić zdjęcie i po 2 minutach musimy już wracać. Jestem dość rozczarowana, ale trzeba uszanować ich obostrzenia religijne. Wracam do hotelu i niemal padam na twarz po męczącym dniu. O 22 słyszę jakąś procesję. Otwieram okno, patrzę na oświetlony meczet w oddali, na mnóstwo ludzi na ulicy i stwierdzam, że nie mam wyboru. Trzeba do nich dołączyć. Wkładam oczywiście czador – nawet nie muszę na głowę zakładać chusty, bo szczelnie zakrywa włosy – i wychodzę na ulicę. I niemal od razu wpadam w szok. Nikt na mnie nie patrzy, nikt mnie nie zaczepia, nikt się za mną nie ogląda. To ze względu na czador. Dzięki niemu czuję się jak w czapce niewidce.

 

Wizyta w mauzoleum Fatimy

Zmierzam na Plac Astane i mijam procesję za procesją. Przystaję i postanawiam przyjrzeć się im bliżej. Widzę bębniarzy, chłopców z flagami, mężczyzn niosących wielkie, ciężkie pióropusze oraz specjalne platformy z nagłośnieniem, na których stoją i przemawiają jacyś mężczyźni, nawet nie wyglądający jak duchowni. Jeden z nich deklamował tak przejmującym głosem, że kobiety i mężczyźni zebrani wokół płakali. Nie wiem, czy nawoływał, aby Irańczycy byli lepszymi ludźmi i wyzbyli się grzechu, czy też wspominał imamów i męczenników. A może kazał walczyć ze zgniłym Zachodem i bić Amerykanów? Ja, słuchając go, też miałam łzy w oczach.

Częścią innej procesji były wielbłądy udekorowane kolorowymi pomponami z włóczki. Daje sobie palec uciąć, że się uśmiechały. A nie miały łatwo, bo na grzbietach siedzieli mężczyźni z wielkimi bębnami, którzy z całej siły w nie walili. Wielbłądy zatoczyły koło wokół ludzi, naprawdę małe, a w jego wnętrzu znalazłam się i ja. Niezapomniane wrażenie. Wszystkie procesje zmierzały na plac wewnątrz mauzoleum Fatimy. Myślę sobie – co mi szkodzi spróbować się tam dostać? Ustawiam się do kontroli, strażniczka mnie poznaje, uśmiecha się, maca i… wpuszcza do środka! Wita mnie feeria barw, tłum ludzi, hałas wygłaszanych przemówień oraz ogromny, pięknie podświetlony meczet. Najpiękniejszy, jaki widziałam w całym Iranie.

Poruszałam się po całym kompleksie i nikt mnie nie niepokoił. Następnego dnia znowu postanowiłam udać się do mauzoleum, by zrobić mu zdjęcia za dnia i lepiej przyjrzeć się pięknym zdobieniom. Ale wówczas po 30 min jeden ze strażników mnie dostrzegł i powiedział, że mogę chodzić tylko z przewodnikiem. Odpowiedziałam oschle, że wiem i zaraz wychodzę, po czym odwróciłam się na pięcie i odeszłam. W czasie tej wizyty widziałam grób Fatimy idotknęłam kraty, która go otacza, jak to robią wszystkie oszalałe religijnie kobiety w czadorach. A nawet zrobiłam zdjęcie, choć nie wolno. Panie porządkowe odganiają wszystkich próbujących złamać ten zakaz kolorowymi miotłami do kurzu. Uważam, że to dość komiczne – takie święte miejsce, a tu takie miotły.

 

Kłopotliwy wyjazd

W Kom, mimo wielu wspaniałych chwil i jeszcze większej ilości wrażeń, nie zawsze było kolorowo. Próbowano mnie oszukiwać, wydając za mało reszty, ale się nie dawałam i skutecznie wykłócałam. Duże wyzwanie stanowił sam wyjazd z miasta. Najpierw poszłam na pociąg, bo chciałam przejechać się irańską koleją, a poza tym dworzec był blisko mojego hotelu. Poszłam tam w czadorze rzecz jasna, mimo że upał był niemiłosierny. Na miejscu dowiedziałam się, że pociągu do nieodległego Kaszan dzisiaj nie ma. Dopytuję się, czy nigdy nie ma, czy tylko dziś. Tylko dziś. Z pociągami w takich krajach zawsze jest problem. Albo nie obsługują w ogóle Twojej trasy, albo akurat dzisiaj nie kursują.

Lekko zirytowana postanowiłam wziąć taksówkę. Już wiedziałam, jak daleko jest na dworzec, więc drugi raz nie chciałam powtarzać tej wędrówki. Targuję się i ustalam, że za 40.000 riali kierowca zawiezie mnie na dworzec autobusowy (powtarzam jak mantrę „bus” – tak samo jest w farsi). Ale ten osioł zawiózł mnie pod mauzoleum Fatimy, czyli 2 minuty samochodem od dworca kolejowego. Powtarzam raz jeszcze: „Bus terminal Kaszan”. On na to, że nie ma dworca do Kaszan, jest tylko taxi do Kaszan. W takim razie mówię mu, żeby mnie zawiózł na dworzec. „Ale z dworca tyko Teheran” – pada odpowiedź. Stwierdzam, że w takim razie pojadę do Teheranu.

 

Starcie z taksówkarzami

Dojechaliśmy, płacę ustaloną stawkę, on przelicza i żąda więcej. Ale ja biorę nogi za pas i uciekam. Taksówkarz jest zdeterminowany, biegnie za mną i coś wykrzykuje. Dochodzę do jakichś mężczyzn i pytam, gdzie są busy do Kaszan. Taksiarz w końcu mnie dopada i pokazuje, że dałam mu 30.000 riali. Ups, przepraszam za błąd, ale nie mam 10.000 do dodania, więc wręczam mu 50.000, a tamto zabieram. On na to, że chce 100.000. Tłumaczę mu, że umówiliśmy się na czehel, czyli 40, nawet na palcach mu to wtedy pokazałam, a że on nie zrozumiał, to jego problem. Szkoda mi czasu i nerwów na dalsze dyskusje, więc po prostu odchodzę, ale on nie kończy biadolić.

Jakiś chłopak potwierdza, że nie ma z dworca autobusu do Kaszan, ale te jadące z Teheranu zatrzymują się przy drodze po drugiej stronie jezdni i tam mam czekać. Idę w to miejsce, cały czas z zarzuconym czadorem, i wypytuję zebranych mężczyzn o bus do Kaszan. Byli to sami taksówkarze. Mówią, że nie ma bus, jest tylko taxi. Ja na to już lekko histerycznym tonem: „Jak może nie być bus? Nie chcę taksówki. Jak możecie mnie tak traktować, jestem waszym gościem!”. Oni chyba zrozumieli, że mnie nie naciągną, więc kazali mi usiąść na krawężniku i pokornie stwierdzili: „OK, OK, bus Kaszan”.

Myślałam, że tak będę siedzieć przy jezdni kilka godzin, aż w końcu spłonę pod czadorem. Aż tu za 10 min migną przede mną bus, jakiś taksiarz zerwał się na równe nogi i go zatrzymuje, inni każą mi za nim biec (w czadorze! To był wyczyn). Muszę przyznać, że się zrehabilitowali. Wsiadam do środka po upewnieniu się, że zmierza w kierunku Kaszan. W tym samym czasie taksówkarze zaczynają wykłócać się i przepychać z kierowcą busa. Miałam tylko nadzieję, że to nie przeze mnie. Mafia taksówkowa w Iranie jest dość silna i bezwzględna. Odjeżdżamy, a ja z ulgą zdejmuję w busie czador. Ale miałam go przywdziać raz jeszcze – tym razem w Sziraz.

 

1. Najważniejszym zespołem świątyń w Kom jest sanktuarium Fatimy. Monumentalny meczet składa się z komory grobowej, trzech dziedzińców i trzech sal modlitewnych. Każda jest na tyle duża, by mogła pomieścić dużą liczbę wiernych. A pielgrzymują tu miliony. Cały kompleks ma powierzchnię 38 000 m2.

sanktuarium w kom

meczet w kom

 

2. To, co naprawdę zachwyca – architektura i misterne zdobienia mauzoleum. Nie brakuje też przepychu. Dzięki pokryciu ścian małymi fragmentami luster można poczuć się jak w lodowej komnacie.

 

 

3. Wewnątrz i na zewnątrz ogromnego kompleksu.

 

4. Grób Fatimy – zdjęcie wykonane nielegalnie

 

5. Jeden ze strażników religijnych z typową dla tej grupy miotełką do kurzu. Służy ona do odganiania krnąbrnych pielgrzymów.

 

6. Plac Astane – jeden z najwięszych placów Iranu. To przy nim mieści się mauzoleum Fatimy i większość hoteli oraz sklepów.

kom plac astane

 

7. Meczet Imama Hassana Al-Asgari w wersji dziennej i nocnej.

 

8. Jedna z typowych dla Kom procesji odbywających się niemal codziennie. Flagi, wielkie pióropusze i platforma z nagłośnieniem do głoszenia kazań lub przemówień.

 

9. Zestaw małego pielgrzyma w moim pokoju hotelowym. Kamień modlitewny (turbah) jest wykonany z gliny ze świętego miasta Karbali w Iraku. Należy na nim klęknąć, by wykonać pokłon modlitewny. Jest to tradycja wyłącznie wśród szyitów.

Kamień modlitewny turbah

Kwiecień 2017 r.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *