Koh Mak – palmowa wyspa Tajlandii

koh mak wyspa tajlandia

Planując swoją pierwszą trasę po Tajlandii, chciałam odwiedzić jeden park narodowy i jedną wyspę. Ale którą z tych rajskich piękności widniejących na okładkach katalogów turystycznych wybrać? Miotałam się przez dobre kilka tygodni, aż w końcu pięć dni przed wylotem zarezerwowałam nocleg na wyspie, której nawet nie było w moim przewodniku – Koh Mak.

 

Koh Mak nie jest tak znana i popularna wśród turystów jak Koh Samui, Koh Phi Phi, Phuket czy Kho Tao. Ale dzięki temu nie jest też zatłoczona. To maleństwo wciśnięte między dwie większe wyspy – Koh Chang i Koh Kood, położone tuż przy granicy z Kambodżą, 6 godzin drogi autobusem z Bangkoku. Co wyróżnia Koh Mak? Gigantyczne, smukłe palmy i dzika roślinność, kilka dróg na krzyż, z czego ledwie trzy jako tako są równe, uśmiechnięci i zrelaksowani mieszkańcy, z których większość to Khmerowie. A poza tym robactwo i różne obrzydlistwa jak to na wyspie-dżungli: pająki biegające niczym Usain Bolt, jaszczurki śmigające po ścianach (także wewnątrz bungalow), robaki wszelkiej maści z długimi czułkami i inne niezidentyfikowane żyjątka świergoczące nocą wśród wysokich traw.

 

Nocne odgłosy

A jak się śpi na takiej wyspie, na dodatek w samiuśkim buszu nad brzegiem morza? Na dach mojego bungalow co i rusz spadały niedojrzałe kokosy, co dawało taki odgłos, jakby mnie ostrzeliwano. Najciekawsze dźwięki wydobywały się nocą, kiedy mieszkańcy dżungli budzili się do życia. Wśród gąszczy czaiły się istoty, których bzyczenie, pohukiwania, syki i odgłosy poruszania się na szczęście odrobinę zagłuszał mój wiatrak.

Gdyby nie on, miałabym problemy z zaśnięciem, mając świadomość, że taka rozmaitość fauny i flory znajduje się tuż obok mojej chatki, a wszelkie otwory (pod drzwiami i dachem w łazience, przy odpływie prysznica) działają zachęcająco, by z nich skorzystać i wejść do środka. Chyba nie nadaję się do dżungli, bo otwieranie co rano drzwi do łazienki z tym dreszczykiem, co w niej dzisiaj znajdę oraz przychodzenie do bungalow wieczorem i liczenie jaszczurek na ścianie, nieco nadwyręża moje nerwy. Niech wszelkie robaczki, pajączki i inne stworzonka sobie żyją, ale z dala ode mnie i od moich rzeczy.

Na przejażdżce rowerowej spotkałam dwie Polki, zaprawione w egzotycznych bojach, które opowiedziały mi o swoich przeprawach z tutejszymi robalami. Jedną coś ugryzło i musiała jechać do szpitala. Jak stwierdziła, ból był na tyle silny, że nie pomagała nawet morfina. Z kolei na ścianie swojego luksusowego domku znalazły pająka tak wielkiego, że obsługa ubijała go metalową rurą. Podobną był wielkości dłoni. Dłoni! Brrrr… Ale jaki klimat, takie żyjątka. Nie ma co się zniechęcać, tym bardziej, jeśli zależy Wam na ucieczce od turystycznych wysp i chcecie wypocząć w okolicznościach dzikiej przyrody. Poza tym Koh Mak daje możliwość zwiedzania jej na rowerze lub skuterze, bo jest jedyną w miarę płaską wyspą w okolicy. Na Koh Chang codziennie zdarzają się wypadki z udziałem brawurowo i szybko jeżdżących taksówkarzy, zaś Koh Kood jest bardzo górzysta.

 

Inny świat

Na Koh Mak można niemal zupełnie odciąć się od świata i posmakować niespiesznego trybu życia. Wszyscy tu wszystkich znają, nikt nikomu nic nie ukradnie i każdy do każdego odnosi się z wielką życzliwością. Poza tym wyspa rządzi się swoimi prawami. Gdy z przystani odbierał mnie pracownik mojego pensjonatu – Thomas, pozytywnie usposobiony Khmer sięgający mi do ramion – z przyzwyczajenia poszłam do drzwi, które w Tajlandii są drzwiami kierowcy, a nie pasażera. Thomas zapytał, czy chcę prowadzić, a ja na to, że nie mam prawa jazdy. Uśmiechnął się i powiedział, że on też nie ;). Wsiadamy, a ja zapinam pasy. Thomas się dziwi i mówi, że przecież jesteśmy na wyspie, nie ma dużego ruchu, więc nie trzeba. Ja odpowiedziałam, że taka już moja europejska mentalność.

Pensjonat na Koh Mak był chyba moim najlepszym miejscem noclegowym w czasie absolutnie wszystkich podróży. Pięknie usytuowany nad samym morzem, ale nie przy plaży, gdzie luksusowe bungalow sąsiadują z innymi luksusowymi bungalow, ze smacznym i tanim (mimo że to wyspa) lokalnym jedzeniem i wspaniałą atmosferą. Posiłki zjadaliśmy na tarasie z widokiem jak z folderu turystycznego, a wieczorami zalegaliśmy na hamakach i słuchaliśmy świetnej muzyki. Od 18 był czas zabawy, czyli bilard, piłkarzyki i oczywiście drinki. Pracownicy częstowali i raczyli się lokalną wódką, która dojrzewa trzy miesiące pod ziemią, jest czterdziestoprocentowa i niemożliwie paląca.

 

Piaskowe zagrożenie na Koh Mak

Wizyta na Koh Mak byłaby w pełni udana – mimo rozmaitych żyjątek, ale to potraktujmy jako dodatkową atrakcję – i wiązałaby się tylko z miłymi wspomnieniami, gdyby nie epizod z muchami piaskowymi (sandflies), które zdążyły mnie całą pogryźć, bo nie miałam o ich istnieniu pojęcia. Jak nazwa wskazuje, to paskudztwo gniazduje w piasku. Można się przed nim uchronić, unikając leżenia na plaży lub ewentualnie stosując specjalny repelent z wysokim poziomem substancji DEET, choć czasem i to nie pomoże.

Ale ja ani o muchach, ani sposobach walki z nimi nie wiedziałam. Co ciekawsze, nie należę do osób plażujących i wystarczy mi tylko spacer brzegiem morza i pomoczenie nóg. Ale tym razem postanowiłam spakować kostium, by wykąpać się i porobić różne dziwne konstrukcje z piasku. Okoliczności ku temu były sprzyjające, bo na plaży nie spotkałam żywej duszy. Potem już wiedziałam, dlaczego. Jeszcze siedząc w wodzie zauważyłam, że na ramionach mam jakieś tajemnicze czerwone kropki.

 

Muszy problem

Na plaży spotkałam Thomasa, który od razu postawił diagnozę i kazał się mi nie drapać. Wtedy dotarło do mnie, że przecież jestem w egzotycznym kraju i choć komarów widziałam może dwa, to czają się tu na mnie inne niebezpieczeństwa – zatrucia pokarmowe, użądlenia, pasożyty itd. Na szczęście ta wczesna lekcja – muchy piaskowe pogryzły mnie już czwartego dnia podróży – nie miała dalekosiężnych i bolesnych skutków. Pomimo całych pleców, ramion i nóg w czerwonych kropkach następnego dnia było ich jakby mniej i ani przez chwilę mnie nie swędziały.

Wspomniane Polki, oglądając moją rękę, poradziły, abym kupiła aloes na złagodzenie swędzenia i tyle. Nie wykonały znaku krzyża lub innego dramatycznego gestu ani nie wpadły w przerażenie, więc to mnie bardzo uspokoiło. Na tyle, że po wizycie w aptece, gdzie kobieta kazała mi kupić maść za ponad 100 zł i odskoczyła ode mnie, jakbym była zakażona tyfusem, wciąż byłam spokojna. No dobrze, może troszkę zaczęłam się martwić i postanowiłam poczytać o muchach piaskowych w internecie. Ale przestałam po minucie, gdy wspomniano o pasożytach, gorączce z temperaturą 40 stopni i bólach mięśni. Po co psuć sobie dopiero co rozpoczęte wakacje?

Poza tym po wielu miesiącach od powrotu wciąż żyję i mam nadzieję, że mimo wszystko żadne pasożyty nie zalęgły się mi pod skórą. W podróży czasem można być zupełnie nieprzygotowanym na perturbacje zdrowotne i koniec końców ominą one człowieka, a tych przezornych i odpowiednio zabezpieczonych licho jednak dosięgnie. Niektórzy szczepią się na wszystko, biorą zapobiegawczo leki na malarię, używają do wszystkiego wody butelkowanej, ale – jak to powiedział mój znajomy – niech lepiej uważają, aby ich skuter nie potrącił ;) Niemniej Koh Mak polecam i nieco obawiam się, że wkrótce turystyczne macki dosięgną i tę wyspę.

 

  1. To co wyspowych turystów interesuje najbardziej – plaża. Na Koh Mak jest dość długa, piaszczysta i niestety pełna much piaskowych.

 

2. Ale Koh Mak ma też wiele bardzo malowniczych zakątków, gdzie możemy podziwiać tutejszą dziką naturę.

koh mak

 

3. Wyspę zwiedzałam na moim za małym rowerku, na dodatek bez hamulców i z przerzutką nastawioną na takim biegu, że musiałam pedałować jak oszalała, by jechać. Ale to był magiczny rower lub na wyspie są jakieś prądy magnetyczne, bo pedałowałam tylko przez 20% czasu jazdy, a przez resztę miałam samoczynny napęd jakbym była wyposażona w motorek. I to nie dlatego, że zjeżdżałam z górki, których zresztą było całkiem sporo. Magia, proszę Państwa, magia!

 

4. A tutejsze drogi prezentują się z reguły tak:

 

5. W moim pensjonacie mogłam poczuć się jak w pięciogwiazdkowym resorcie. Śniadania i kolacje na takim tarasie. W takich widokowych okolicznościach. Takie zachody słońca. A do tego wylegiwanie się na takim hamaczku, gdy w Polsce było wówczas 5 stopni.

Listopad 2016 r.

 

6 thoughts on “Koh Mak – palmowa wyspa Tajlandii

  • 05/09/2018 at 14:55
    Permalink

    Witam, czy możesz napisać, w którym pensjonacie nocowałaś? I czy rezerwowałaś wcześniej czy z „buta”. Dzięki i Pozdrawiam.

    Reply
    • 05/09/2018 at 16:49
      Permalink

      Cześć, nocowałam w Banana Sunset i polecam to miejsce. Rezerwowałam wcześniej przez booking.com. Jeśli chcesz zostać na dłużej, lepiej zarezerwować tylko 1-2 noce, a potem już dogadać się na miejscu – będzie taniej.

      Reply
  • 11/11/2018 at 16:32
    Permalink

    Witam
    Czy na wzystkich plażach na Ko Mak są muchy piaskowe?

    Reply
    • 11/11/2018 at 22:57
      Permalink

      Cześć Magdo. Tak, muchy są na wszystkich plażach.

      Reply
      • 14/11/2018 at 01:53
        Permalink

        Byliśmy na koh mak w zeszłym roku przez ponad tydzień i nie trafiliśmy na te muchy choć tez o nich czytaliśmy

        Reply
        • 14/11/2018 at 11:19
          Permalink

          Muchy piaskowe rzadziej zdarzają się na plażach częściej uczęszczanych i z wieloma plażowiczami. Wówczas odstrasza je olejek kokosowy używany do opalania.

          Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *