Kanchanaburi – Most na Rzece Kwai

Kanchanaburi jest znane ze względu na historię z II wojny światowej związaną z budową linii kolejowej do Birmy i słynnego mostu na rzece Kwai. Pracowali przy tej budowie jeńcy wojenni, m.in. z USA, Wielkiej Brytanii i Australii. Ale bliskość Bangkoku oraz piękne krajobrazy przyciągają do miasta nie tylko miłośników historii.

 

Kanchanaburi jest jednym z miast, któremu ogromny rozgłos zapewnił film. Ekranizacja książki „Most na rzece Kwai” z 1957 roku zdobyła siedem Oscarów i zapoczątkowała masowy napływ turystów. Wszyscy chcą zobaczyć słynny most, a najlepiej przejechać nim pociągiem. Przeprawa na rzece Kwai nie jest spektakularna ani szczególnie ładna. I bynajmniej nie jest zbudowana z drewna i bambusa, jak to przestawiono na filmie, lecz z betonu i stali. Tuż obok torów kolejowych stoją kramy z kiczowatymi pamiątkami, a na samym moście kłębią się dziesiątki turystów. Klimat prowincjonalnego festynu i sposobność, by nieco wyśmiać ludzką naturę.

Zwłaszcza, gdy akurat trafimy na przejeżdżający pociąg. Ja akurat byłam świadkiem tego zjawiska – i to określenie nie jest li tylko literackim chwytem. Ludzie natychmiast wpadli w ekstazę, jakby to przejeżdżał Orient Express z papieżem, Bono, Lady Gagą i królową brytyjską na pokładzie. Wszyscy robili selfie na tle pociągu – co za komedia! A to jakiś 60-letni skład trzeciej klasy i z drewnianymi ławkami, z biednymi starymi Tajami na pokładzie i dwiema parami obcokrajowców, którzy kupili bilet na pociąg tylko po to, aby przejechać się tzw. drogą śmierci. Most był tak zatłoczony przez żądnych fotografii turystów, że pociąg musiał zahamować i nieustannie trąbić, aby wszyscy się rozeszli. Nawet pomocnik maszynisty wyszedł i wszystkich rozganiał. Ubawiłam się przednio, oglądając te komedię.

most nad rzeką kwai

kanczanaburi pociąg i linia śmierci

 

Dojazd z przygodami

Dojazd do Kanchanaburi jest możliwy chyba wyłącznie z Bangkoku. Boleśnie się o tym przekonałam, gdy postanowiłam podjąć wyzwanie i trafić do niego autobusem prosto z Sukhothai. To niecałe 6 godzin jazdy. Ale transport publiczny na tej trasie nie funkcjonuje, więc musiałam zaliczyć morderczą przeprawę z przesiadką w Phitsanulok i Bangkoku. Do mojego hotelu trafiłam dopiero po 23, wysyłając wcześniej smsa, żeby nie anulowali mojej rezerwacji, bo ja robię, co mogę, aby dotrzeć. Na dworzec w Kanchanaburi dojechałam po 22. Ciemno wszędzie, pusto wszędzie, ale jest młoda Tajka, którą od razu zaczepiłam i zapytałam, gdzie jest rzeka Kwai. Wskazuje mi kierunek, a ja już wiem, gdzie mam iść.

Mimo późnej nocy jest gorąco, garstka ludzi na ulicach, a ja idę szybko niczym Robert Korzeniowski pomimo ciężkiego plecaka na plecach. Po 14 godzinach w autobusach w pozycji siedzącej miło jest w końcu się ruszyć. Dochodzę do ulicy, w którą zgodnie z mapą mam skręcić. Ale z jej drugiego końca zaczynają szczekać psy. To niestety wielkie utrapienie w Azji Południowo-Wschodniej – bezdomne i nieobliczalne psiska, które równie dobrze mogą rzucić się z zębami, jak zamerdać ogonem. Te akurat na mój widok od razu się zerwały i zaczęły biec w moją stronę. Co gorsza, boję się psów, więc takie spotkanie w środku nocy naprawdę mnie przeraziło. Byłam już tak blisko hotelu, ale musiałam zawrócić, wściekając się na Fortunę, która musi mieć świetną zabawę moim kosztem.

 

Nocne Kanchanaburi

Gdy wychodziłam na drogę główną, jakaś tajska para uchyliła szybę w samochodzie i zapytała po angielsku, gdzie idę. Nie miałam nawet siły odpowiadać, więc tylko machnęłam ręką, że wszystko w porządku. Skręciłam w kolejną ulicę, a następnie odbiłam w prawo, bo uliczka przede mną była ciemna i bałam się kolejnych psów. Następnego dnia okazało się, że prowadziła ona prosto do mojego hotelu. A tak nadłożyłam drogi i poszłam w zupełnie innym kierunku. Trafiłam na turystyczną ulicę z mnóstwem hoteli i knajp, na której w najlepsze kwitło nocne życie. Był to taki kanchanaburski odpowiednik Khaosan Road w Bangkoku.

To tu po raz pierwszy zetknęłam się z osławionymi tajskimi panienkami dla podstarzałych grubasów z Europy i Ameryki. Idę sobie i patrzę do środka każdej knajpy, aż tu nagle przede mną zaczyna się wić taka chudzina. A jej otyłe koleżanki siedzą odpowiednio ubrane przy stoliku, zapraszając mężczyzn do środka. W końcu stwierdziłam, że tak dłużej przed siebie iść nie mogę, bo mój hotel znajduje się tuż nad rzeką Kwai. Skręciłam w pierwsze lepsze lewo, sądząc, że nad rzeką jest uliczka, nad którą położone są hotele. Zaczepiły mnie dwie kobiety pracujące w mijanym pensjonacie, pytając, czy nie potrzebuję noclegu.

Odpowiedziałam, że go mam i właśnie próbuję tam dotrzeć. Dopytały, czy potwierdziłam rezerwację, szukając mimo wszystko szansy, by mnie przechwycić. Przytaknęłam, a one stwierdziły, że poszłam w zupełnie inną stronę i jestem daleko od swojego noclegu. Jedna z nich stwierdziła, że może mnie podwieźć na swoim skuterze, bo i tak jedzie w tamtym kierunku. Muszę tylko poczekać 2 minuty. I faktycznie, tylko tyle czekałam, po czym zapakowałam się wraz z plecakiem na kawałek siedzenia. Tym samym zaliczyłam swój pierwszy i jedyny autostop w Tajlandii. Po trzech minutach byłam na miejscu.

 

Domy nad rzeką Kwai

Moja chatka mieściła się tuż nad rzekę Kwai i o jej malowniczym położeniu przekonałam się dopiero następnego dnia. W nocy okolica przypominała ciemną plamę atramentu i tylko odgłosy oraz obecność różnych żyjątek zdradzały, że jestem nad rzeką. To była już końcówka mojej azjatyckiej podróży, więc byłam przyzwyczajona do lokalnej fauny. Dlatego gdy znalazłam w łazience wielką, grubą i zdechłą stonogę, przyjrzałam się jej tylko z bliska, by sprawdzić, czy faktycznie się nie rusza. I zostawiłam ją w tym samym miejscu, w którym leżała, zamiast przy akompaniamencie krzyków z obrzydzeniem wrzucić ją do śmietnika. Po prostu taki klimat.

Hotel w takim położeniu wiąże się również z klimatycznymi śniadania z widokiem na rzekę Kwai. W czasie jednego z nich siedzę sobie wczesnym rankiem przy stoliku najbliżej brzegu i patrzę leniwie przed siebie. Naglę widzę, że rzeką płynie wąż – ogromny! Widać mu tylko łeb i uwierzcie na słowo, że gadzina się uśmiecha. Obserwuję go z zainteresowaniem i jestem ciekawa, jak poradzi sobie z przejściem zapory z bambusa. Będzie musiał zanurkować. Nic z tych rzeczy. Wąż okazał się wielgachnym waranem, który postawił na bambusie najpierw jedną, potem drugą łapkę, przeszedł kładkę i znowu wszedł do wody. A potem zanurkował pod turystyczną chatką znajdującą się na rzece. Nie chciałabym być jej mieszkańcem i spotykać nad ranem takich wodnych sąsiadów.

kanczanaburi rzeka kwai 

 

Wojenne losy Kanchanaburi

Kanchanaburi zapisało się na kartach wojennej historii po tym, jak Japończycy uzyskali zgodę na utworzenie w Tajlandii swoich baz wojskowych. W 1942 roku rozpoczęli budowę odcinka linii kolejowej do Birmy, by z łatwością móc dostarczać zaopatrzenie swoim oddziałom. Do realizacji tego karkołomnego przedsięwzięcia zaciągnięto dziesiątki tysięcy jeńców wojennych różnych narodowości oraz robotników tajskich i birmańskich. Szacuje się, że z powodu nieludzkich warunków pracy, niedożywienia oraz chorób zmarło około 100 tysięcy osób. Dzięki ich poświęceniu linia kolejowa została ukończona przed czasem i otrzymała nieoficjalną nazwę „linia śmierci”.

Cmentarz wojenny aliantów, na którym pochowano tragicznie zmarłych jeńców, potrafi świecić pustkami prócz sporadycznych momentów, gdy grupki turystów ze zorganizowanych wycieczek wyrzucane są z autokarów. Na cmentarzu znajduje się ok. 7000 grobów, wszystkie w tym samym, minimalistycznym stylu. Samą nekropolię ulokowano w miejscu, gdzie kiedyś znajdował się obóz pracy przymusowej. Obok mieści się prywatne muzeum dotyczące budowy linii kolejowej.

cmentarz aliantów kanczanaburi

 

Ok. 80 km od Kanchanaburi znajduje się Przełęcz Ognia Piekielnego. Dojazd możliwy lokalnym autobusem, ale trzeba poprosić kierowcę o wysadzenie w odpowiednim momencie. Przełęcz była jednym z najtrudniejszych konstrukcyjnie odcinków linii kolejowej. Więźniowie musieli przebijać się przez twarde skały, by wyrzeźbić wąwóz na tory. W porze silnych opadów i w otoczeniu lasów tropikalnych miejsce to zamieniało się w błotniste osuwisko i sprowadzało na pracowników wiele chorób. Wycieczki zorganizowane zatrzymują się jedynie przed tablicą pamiątkową, ale wolni strzelcy mogą przejść cały wąwóz, by ponapawać się egzotyczną przyrodą.

Listopad 2016 r.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *