Filmowe Maroko – filmy kręcone w Maroku

Druga odsłona filmowego cyklu, którą zapoczątkowałam wpisem o Wenecji. Dzisiaj przedstawię obrazy kręcone (choć – poza jednym wyjątkiem – nie dziejące się) w Maroku. To piękny kraj i wdzięczne miejsce dla filmowców, jednak szkoda, że jego walory krajobrazowe muszą udawać np. Irak lub Zjednoczone Emiraty Arabskie.

 

Starałam się wybrać jak najbardziej zróżnicowane filmy, choć prym wiodą te nakręcone przez Ridleya Scotta. Większość z nich trwa ponad dwie godziny, więc zorganizowałam sobie prawdziwy maraton filmowy. Kryterium selekcji była też obecność moich ulubionych aktorów, dlatego nie mogłam się powstrzymać od kilku zachwytów.

 

Gladiator (2000)

reż. Ridley Scott

Marokańskie miasto Ouarzazate pełni rolę popularnego ośrodka filmowego. Bardzo chciałam je odwiedzić, ale skutecznie zniechęciły mnie do tego opinie Marokańczyków i napotkanych po drodze turystów, którzy stwierdzili, że jest ono mało ciekawe, a studio filmowe położone na jego obrzeżach to po prostu kilka dekoracji. Tak naprawdę nie samo Ouarzazate, ale jego bliższa i dalsza okolica jest godna uwagi. Gorące, kamieniste doliny, nieliczne zabudowania w kolorach saharyjskiego piasku i skąpo rozrzucone palmy są idealnym miejscem na kręcenie historycznych filmów. Jednym z najbardziej znanych, jaki tu powstał, jest „Gladiator”.

Marokańska osada Aït-Ben-Haddou odegrała rolę miasta Zucchabar w rzymskiej prowincji Mauretania Caesariensis (obecnie teren Algierii). Choć od premiery filmu minęło 15 lat, dopiero niedawno obejrzałam go w całości. Puszczano go już kilkukrotnie w telewizji i raz udało mi się obejrzeć mniej więcej ostatnią godzinę. Tamten seans zapisał się mi w pamięci znakomitym Joaquinem Phoenixem w roli bezwzględnego Kommodusa oraz tym, że na samym końcu oczywiście się poryczałam.

„Gladiator” odniósł spektakularny sukces kasowy i choć na Złotych Globach został niejako pominięty, w czasie Oscarów okazał się największym zwycięzcą, zgarniając pięć statuetek. Jednak nagroda dla Russella Crowe’a była moim zdaniem na wyrost, biorąc pod uwagę pozostałych nominowanych. Jego postać została zagrana przyzwoicie, ale jednak jednowymiarowo. Przyznam też, że nie darzę tego aktora sympatią w przeciwieństwie do Joaquina Phoenixa, który z kolei niesprawiedliwie został Oscara pozbawiony.

Oglądając „Gladiatora” od samego początku, zupełnie inaczej odebrałam postać Kommodusa. W pierwszych scenach jest żałosny, pozbawiony charyzmy i w wielu osobach może wzbudzać współczucie. Pozytywnie zaskoczyło mnie, że jeden z najbardziej wyrazistych aktorów w Hollywood był w stanie przybrać taką maskę. Widz wręcz gardzi takim Kommodusem, mając po drugiej stronie mężnego i honorowego Maximusa. Wraz z rozwijaniem się akcji Kommodus zamienia się w przebiegłego i odrażającego imperatora z obłędem w oczach.

Wspaniała jest ta przemiana i cała gra Phoenixa. To przede wszystkim dla niego oraz dla muzyki Hansa Zimmera i Lisy Gerrard warto obejrzeć „Gladiatora”. Sama historia jest przedstawiona tak, aby cały czas kibicować Maximusowi, a na końcu uronić łzę (co przydarzyło mi się po raz drugi, mimo że ten fragment już widziałam). Dużo jest w filmie przekłamań historycznych i wpadek realizacyjnych, a sztuczne, komputerowe przedstawienie Rzymu to wielkie rozczarowanie. „Gladiator” jest moim zdaniem za długi i bez uszczerbku dla narracji można by wyrzucić kilka scen, choć z drugiej strony oglądanie go nie nuży. Solidne kino.

Moja ocena: 8/10 (duża w tym zasługa Phoenixa)

 

Seks w wielkim mieście 2 (2010)

reż. Michael Patrick King

filmy kręcone w Maroku

Dla niektórych może być zaskoczeniem, że przedstawione w filmie ogromne i pełne przepychu hotele znajdują się w Maroku. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego scenarzyści nie mogli wysłać bohaterek na wakacje właśnie tu zamiast do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Przecież i tak są na tyle bogate, że nie potrzebują żadnej reklamy, a na dodatek władze odmówiły filmowcom kręcenia zdjęć u siebie. Dlatego Marrakesz i okolice Merzouga odegrały rolę nieprzyzwoicie luksusowych zakątków, do których trafiają cztery Amerykanki.

Muszę przyznać, że „Seks w wielkim mieście” to dla mnie kultowy serial. Swoimi niebanalnymi obserwacjami damsko-męskich relacji trafiał w sedno, a rozterki głównych bohaterek nierzadko były lustrzanym odbiciem moich perypetii. Charakterologicznie najbardziej pasuję na Mirandę, choć największą sympatią darzę Samanthę. Pierwszą odsłonę filmowego „Seksu w wielkim mieście” oceniam bardzo dobrze, być może przez duży sentyment do bohaterów, a może ze względu na całkiem dobry scenariusz, który stroni od schematu i ma słodko-gorzki wydźwięk.

Jednak już w pierwszej części raziło mnie epatowanie drogimi markami. Druga część „Seksu w wielkim mieście” jest właściwie jedną wielką reklamą butów i ciuchów. Jak patrzę na bohaterki, to zaczynam się zastanawiać, jak one w tych wymyślnych strojach są w stanie wytrzymać w takim upale. Historia jest banalna i tylko jak zwykle niezawodna Samantha ratuje film od ostatecznej klęski. Pojawienie się postaci uwielbianego przez wiele fanek serialu Aidana miało być chyba odświeżające, ale wątek ten poprowadzono w tak szokująco głupi sposób, że chyba lepiej by było, aby w ogóle w nim nie wystąpił. Na pocieszenie zostaje kilka obrazków z Maroka. Mamy pustynię, bazary Marrakeszu i słoneczną marokańską pogodę. Ale to wciąż za mało, aby oglądać ten film bez uczucia rozczarowania.

Moja ocena: 4/10

 

W sieci kłamstw (2008)

reż. Ridley Scott

Ridley Scott wie, jak robić dobre kino akcji i nie lubi półśrodków. „W sieci kłamstw” dzieje się dużo i szybko, zaś spektakularne sceny wybuchów są autentyczne, a nie robione komputerowo. Ciekawym rozwiązaniem były ujęcia z satelity, które z sukcesem wprowadziły prawdziwy klimat służb specjalnych. Film przedstawia historię agenta CIA (granego przez Leonardo DiCaprio), który tropi jednego z liderów Al-Kaidy.

Przez swojego aroganckiego szefa (Russella Crowe’a – po tej roli jeszcze bardziej go nie lubię) zostaje wysłany do Jordanii, gdzie ma nawiązać współpracę z lokalnym wywiadem kierowanym przez dostojnego i tajemniczego Haniego Paszę. W tę postać wciela się (wbrew pozorom) brytyjski aktor Mark Strong i dla wielu to on odgrywa w nim pierwsze aktorskie skrzypce. Choć ja wyróżniłabym również Leonardo DiCaprio, bo bardzo go cenię, choć czasami gra aż „za bardzo” i tak właśnie jest tym razem. Słynie ze swojej pracowitości, a specjalnie do tej roli nauczył się arabskiego.

Mimo że akcja filmu toczy się w Iraku, Syrii i Jordanii, zdjęcia nakręcono wyłącznie w Maroku, a konkretnie w Rabacie i okolicach Ouarzazate. Ja zawsze z dużym zainteresowaniem oglądam obrazy dotyczące walki amerykańskich służb specjalnych z terrorystami, które rozgrywają się na Bliskim Wschodzie. „W sieci kłamstw” mnie nie zawiodło. Jest bardzo sprawnie i widowiskowo zrealizowane, choć pewne mankamenty fabuły się zdarzają.

Moja ocena: 7/10

 

Kapitan Phillips (2013)

reż. Paul Greengrass

Bardzo rzadko zdarzają się filmy, które potrafią pochłonąć widza bez reszty. Kiedy czuje, że jest faktycznym świadkiem tego, co się dzieje i nie ma między nim a bohaterami żadnej ekranowej bariery. Takim obrazem jest „Kapitan Phillips”. Sposób realizacji (zdjęcia z ręki), inteligentny scenariusz i bardzo autentyczne aktorstwo czynią go jednym z najlepszych filmów, jakie ostatnio widziałam. Zrobił na mnie ogromne wrażenie i nie pamiętam, kiedy ostatnio (i czy w ogóle) śledziłam z takim napięciem kolejne wydarzenia.

Nie chcąc zdradzać zbyt dużo fabuły, powiem tylko, że film opowiada o somalijskich piratach, którzy postanowili zaatakować wielki amerykański kontenerowiec. I więcej ani słowa, aby nie psuć przyjemności oglądania. Lubię filmy, które pokazują nieznane mi mechanizmy. W tym wypadku dowiedziałam się, w jaki sposób statki bronią się przez atakami piratów i jak przebiegają akcje ratunkowe. Scenariusz jest ściśle oparty na faktach i nie ma w nim zbyt wielu ubarwień fabuły. Okolice Agadiru odgrywają tu rolę Somali, a że akcja dzieje się głównie na wodzie, kadrów z Maroka jest bardzo niewiele.

Choć to przede wszystkim bardzo porządne kino rozrywkowe, reżyser nie uciekał przed przemyceniem głębszych treści. Somalijscy piraci nie są przedstawieni wyłącznie jako prymitywni rabusie, lecz jako trybiki w wielkiej przestępczej machinie, choć z drugiej strony nikt na siłę nie próbuje ich usprawiedliwiać. Nie zdziwię się, jeśli niektórzy widzowie będą im współczuć. Na koniec zostawiłam sobie miejsce na największe pochwały. To, co w filmie wyczynia Tom Hanks zasługiwało co najmniej na nominację do Oscara, której nawet nie otrzymał. Jest on nie tylko świetnym aktorem, ale prywatnie także dobrym człowiekiem i tę dobroć oraz dojrzałość widać było w każdej scenie, w której występował. Wspaniale się sprawdził w roli Phillipsa, a końcówka jest absolutnym aktorskim majstersztykiem. Znakomity film.

Moja ocena: 9/10

 

Królestwo niebieskie (2005)

reż. Ridley Scott

Mam z tym filmem duży problem, więc zdecydowałam się obejrzeć go ponownie. Tym razem postawiłam na wersję reżyserską, która jest dłuższa od kinowej o jakieś 50 minut. Czy zmieniło to diametralnie mój odbiór „Królestwa niebieskiego”? Absolutnie nie. Niby wszystko jest na miejscu – wspaniała scenografia, pełne detali kostiumy, wielkie nazwiska w obsadzie, klimatyczna muzyka i fascynująca fabuła dotycząca wypraw krzyżowych.

A jednak czegoś brakuje. Film musiałam obejrzeć w dwóch turach, zaś w drugiej połowie kilkukrotnie ziewałam. Bardzo trudno jest zrobić dobry, historyczny film widowiskowy. Często powstają plastikowe potworki w rodzaju „Troi” lub „Aleksandra”. „Królestwo niebieskie” miało chyba przebić samego „Gladiatora” i pod względem rozmachu swój cel osiągnęło – na szczególne wyróżnienie zasługuje scena oblężenia Jerozolimy. Natomiast sama historia nie wciąga na tyle, aby chciało się do niej wracać i poświęcić jej niemal trzy godziny.

Najbardziej nie pasował mi w tym wszystkim Orlando Bloom. Był za przystojny do roli rycerza bez skazy i jednocześnie za mało charyzmatyczny, więc całość okazała się trudna do przełknięcia. Jako partnerkę miał wyrazistą Evę Green, moją ulubienicę, ale nie czuło się między nimi miłosnej chemii. Prócz chybionego Blooma aktorsko jest bardzo przyzwoicie, a na wyróżnienie zasługuje Ghassan Massoud grający rolę Saladyna. Nie musiał nawet nic mówić, by biła z niego siła wielkiego wodza.

Przed wymagającym zadaniem stanął Edward Norton, który wcielił się w trędowatego króla skrywającego twarz za maską. Po raz kolejny jestem pod wrażeniem, jak potrafi on modulować swój – na co dzień bardzo delikatny – głos. Gdyby jego nazwiska nie umieszczono w obsadzie filmu (co ciekawe, sam poprosił, by zabrakło go w napisach końcowych), to pewnie tożsamość króla Baldwina IV pozostałaby dla mnie zagadką. Grając „bez twarzy”, wyłącznie za pośrednictwem oczu, gestów i głosu, stworzył tragiczną i zapadającą w pamięć postać. Nie pierwszy raz udowodnił, jak wszechstronnym jest aktorem.

W „Królestwie niebieskim” dobrze wyeksponowano marokańskie plenery, a konkretnie pustynne okolice Ouarzazate. W ujęciach przedstawiających z daleka filmową Jerozolimę widać nawet zaśnieżone szczyty Atlasu. Replikę miasta stworzono pośrodku pustyni, wznosząc 28 tysięcy m2 murów i zużywając 6 tysięcy ton gipsu. W czasie zdjęć na otwartej przestrzeni ekipa filmowa musiała zmagać się z silnym marokańskim wiatrem, co zostało pokazane w końcówce filmu. Dodatkowo w jednej ze scen bitewnych za zgodą króla Mohammeda VI wystąpili marokańscy żołnierze. Dekoracje z filmu pozostały niemal nietknięte i posłużyły później twórcom „Gry o tron”.

Moja ocena: 6,5/10

 

Babel (2006)

reż. Alejandro González Iñárritu

Moim pierwszym spotkaniem z twórczością Iñárritu był znakomity film „Amores perros”. Choć przy drugim seansie nie robi już takiego wrażenia, to do tej pory znajduje się na liście moich ulubionych obrazów. „Babel” jest elementem trylogii, która została zapoczątkowana właśnie przez „Amores perros”. Iñárritu rozpoczął z wysokiego C, ale w filmie „Babel” nie udało mu się uzyskać podobnego klimatu, dynamizmu realizacji i wciągającej fabuły.

Tym razem mamy do czynienia z czterema wątkami dziejącymi się w trzech różnych krajach. Amerykańskie małżeństwo trapione problemami postanawia wyjechać na wakacje do Maroka. W trakcie jazdy autokarem przez marokańskie pustkowia kobietę trafia jeden z dwóch braci, którzy testowali nowo zakupioną strzelbę. Jej pierwszym właścicielem był Japończyk, który samotnie wychowuje głuchoniemą córkę. Dziećmi Amerykanów opiekuje się meksykańska niania, która chcąc jechać na ślub syna, musi zabrać je ze sobą.

Wszystkie historie połączono w dość schematyczny i mało zaskakujący sposób. Film zdecydowałam się obejrzeć raz jeszcze, bo właściwie nie byłam pewna, czy wcześniej go widziałam w całości. Jak dla mnie jego największą wadą jest to, że nie zapada w pamięć i brakuje mu tej świeżości, jaką miał „Amores perros”. Narracja toczy się aż nazbyt niespiesznie, a przejścia między kolejnymi historiami powodują, że całość jest niezbyt spójna i właściwie ogląda się cztery różne fabuły. Jednak trzeba przyznać, że pod względem zdjęć i aktorstwa film wypada dobrze.

W „Babel” w porównaniu do wszystkich opisywanych tu filmów mamy najwięcej ujęć pokazujących Maroko. Akcja dzieje się między innymi w wiosce Tazarine położonej między Ouarzazate a Erfoud, a w końcówce pojawiają się migawki z Casablanki. Jednak pustynne krajobrazy to nie wszystko, bo film jednocześnie nakreśla marokańską specyfikę: jedzenie rękami ze wspólnego talerza, brak dostępu do opieki medycznej w oddalonych rejonach kraju, skromne i proste życie mieszkańców pustynnych wiosek. Wszyscy Marokańczycy występujący w filmie zostali zwerbowani na 17 dni przed początkiem kręcenia zdjęć. Ogłoszenia pojawiły się w radiu, telewizji i w meczetach. Już w ciągu 24 godzin zgłosiło się ponad 200 kandydatów i większość z nich pojawia się na ekranie.

Moja ocena: 7/10

 

Tylko kochankowie przeżyją (2013)

reż. Jim Jarmusch