Filmowa Wenecja – filmy kręcone w Wenecji

Tytuł może co poniektórych zmylić, bowiem nie będzie mowy o słynnym Weneckim Festiwalu Filmowym, lecz o filmach, które rozgrywają się w całości lub po części w Wenecji. Nie ma chyba drugiego tak atrakcyjnego wizualnie miasta. Zarówno kadry filmowe, jak i te fotograficzne wychodzą w Wenecji obłędnie. Poniżej prezentuję sześć obrazów z Wenecją w tle wraz z ich krótkim opisem i subiektywną oceną. Tym samym rozpoczynam filmowy cykl na blogu.

 

Wszyscy mówią: kocham Cię (1996)

reż. Woody Allen

filmy kręcone w wenecji

Pierwszy i jedyny w dorobku Allena musical. Krytycy stwierdzili, że reżyser nie sięgnął ponownie po tę samą formułę, bo był to nieudany eksperyment. Zarzucano filmowi niepotrzebne wstawki muzyczne o wątpliwej wartości artystycznej, które tylko rozwlekały opowieść. Ja Allena kupuję nawet w takiej odsłonie, a na popisy wokalne przymykam oko. Choć z drugiej strony mi osobiście nie przeszkadzały. Odnoszę wrażenie, że Allen chciał zabawić się konwencją, stąd między innymi prośba do Goldie Hawn, by zaśpiewała trochę gorzej niż w rzeczywistości potrafi. Głównym atutem filmu jest sam Allen, tradycyjnie wcielający się w neurotycznego bohatera nie szczędzącego ciętych ripost i pełnych sarkazmu wypowiedzi.

Akcja przenosi się do Wenecji na kilka, może kilkanaście minut. Mi szczególnie podobała się scena z joggingiem. W czasie mojej wizyty w mieście też zastanawiałam się, czy są w nim jacyś biegacze (są – widziałam dwóch) i byłam zadowolona, że nie muszę tu mieszkać, bo z bieganiem pośród kanałów byłby niemały problem. Nie wspominając o turystach plączących się pod nogami. Inna scena, która zapadła mi w pamięć, przedstawia rozmowę Allena z bohaterką graną przez Julię Roberts. Jest to bardzo długie ujęcie, skadrowane w ten sposób, że widać tylko Julię słuchającą swojego rozmówcy, a w tle rozciąga się malowniczy widok na Canale Grande.

Moja ocena: 7/10 (oczko w górę za postać Allena)

 

Casino Royal (2006)

reż. Martin Campbell

Na wstępie zdradzę, że jestem wielką fanką „starego” Bonda i absolutnie nie przeszkadza mi jego karykaturalność. Nowsze filmy z Piercem Brosnanem nie przypadły mi aż tak do gustu. Gdy okazało się, że w rolę agenta ma wcielić się Daniel Craig – dobry i utalentowany aktor, ale jednocześnie niezbyt wpisujący się wizualnie w bondowską konwencję – byłam wielce sceptyczna. Bond powinien mieć klasę, być szarmancki, pewny siebie, dowcipny… Wydawało się, że Daniel Craig ma raczej wdzięk kombajnu i kobiety może wyrwać co najwyżej siłą. Pasuje, aby wysadzić coś w powietrze lub kogoś pobić, ale do Bonda mu daleko. Dlatego też bardzo długo wzbraniałam się przed obejrzeniem pierwszego „nowego” Bonda. Ale gdy już to zrobiłam, to do tej pory widziałam go już chyba 5 razy.

Duet Eva Green i Daniel Craig spisał się świetnie. Jest to moim zdaniem jeden z najlepszych filmów o Bondzie. Mamy tu wszystko, co być powinno w dobrym kinie: akcja, romans, emocjonujący suspens, przyzwoite aktorstwo i brak szczęśliwego zakończenia. Do tego oczywiście piękne miejsca, na czele z Wenecją, która pojawia się pod koniec filmu. Władze miejskie wydały specjalną zgodę na nakręcenie sceny z żaglówką płynącą Canale Grande, której nie widziano na nim co najmniej 500 lat. Do tego pogoń na Placu św. Marka kręcono bez oczyszczania go z turystów, czyli w zwyczajowym tłumie, jaki jest tam niemal codziennie. To zdecydowanie mój ulubiony film o Bondzie.

Moja ocena: 9/10

 

Turysta (2010)

reż. Florian Henckel von Donnersmarck (to chyba reżyser o najdłuższym nazwisku)

Komercyjny hit będący amerykańską wersją francuskiego filmu Anthony Zimmer z 2005 r. Uwagę o „wersji” należy rozumieć jak najbardziej dosłownie, bo fabuła jest niemal identyczna. Więc jeśli ktoś widział pierwowzór, amerykańską zrzynkę może obejrzeć chociażby dla widoków Wenecji. A ta została zaprezentowana hojnie i na bogato. Wiele scen rozgrywa się na zewnątrz, więc można podziwiać charakterystyczną architekturę i piękną panoramę miasta. Co prawda autorzy dopuścili się błędów w lokalizacji kilku miejsc, które w rzeczywistości są położone zupełnie gdzie indziej. Ale to ciekawostka dla osób bardziej obeznanych w topografii Wenecji.

Jest to film lekki, niewymagający, z kilkoma zabawnymi scenami z nieporadnym Johnnym Deppem i ubarwiony pięknymi sukniami Angeliny Jolie, w których wygląda jak wyciągnięta żywcem z jakiegoś historycznego filmu. Pewnie, że można narzekać na nielogiczne, absurdalne lub po prostu głupie zakończenie, które u niektórych widzów może popsuć odbiór całego filmu. Ale umówmy się – są głupsze. A ten trwa na tyle krótko, a przy tym nie nudzi, że nie trzeba żałować straconego czasu. Poza tym to jedyny jak dotąd film, w którym wspólnie występują dwie hollywoodzkie megagwiazdy: Jolie i Depp. Niech to stanowi dodatkowy atut zarówno dla pań, jak i panów.

Moja ocena: 5/10

 

Niebezpieczna piękność (1998)

reż. Marshall Herskovitz

Ten film albo ma coś w sobie, albo ja mam do niego niezrozumiałą słabość. Podobał się mi bardzo i dlatego musiałam go obejrzeć ponownie. Akcja dzieje się w XVI-wiecznej Wenecji w czasach kurtyzan, rozpusty i wielkiej zarazy. Podstawę fabuły tworzy wielki, nieszczęśliwy romans oparty na mezaliansie, a gdzieś w tle pobrzmiewają również wątki feministyczne dotyczące wyzwolenia seksualnego kobiet oraz ich prawa do edukacji i bycia niezależną od mężczyzny. Ale mam nadzieję, że to nie odstraszy potencjalnych męskich widzów, bo rzecz tyczy przede wszystkim kurtyzan, więc parę treściwych scen też się znajdzie.

Dodatkowym atutem jest klimatyczna muzyka i dobra gra aktorska głównych bohaterów: Rufusa Sewella (wystąpił też w wyżej opisywanym „Turyście”) oraz obdarzonej naturalnym urokiem i śmiejącymi się oczami Catherine McCormack. Wymiana spojrzeń między tą dwójką chwyta za serce chyba wszystkie panie, aż ciarki przechodzą – ba! – galopują po plecach. Uczciwie przyznam, że film to potworne romansidło ze wszystkimi swoimi przywarami, aczkolwiek wyróżnia się na tle innych tego typu produkcji. Dużo zyskuje dzięki weneckiej otoczce, historycznej fabule oraz uniknięciu całkowitego happy endu.

Moja ocena: 8/10 (a co tam ;>)

 

Indiana Jones i ostatnia krucjata (1989)

reż. Steven Spielberg

Filmy z Indianą miały swoje lepsze, gorsze i bardzo, bardzo złe odsłony (patrz: Królestwo kryształowej czaszki). Trzecia część cyklu jest moim zdaniem najlepsza i wracałam do niej wielokrotnie. Iskrzy się humorem, trzyma w napięciu, jest pełna wartkiej akcji, a potyczki młodego i starego Jonesa dodają jeszcze więcej kolorytu. Za plan filmowy posłużyło kilka krajów, m.in. Niemcy, Hiszpania i Jordania, ale znalazło się też miejsce dla Wenecji.

Nakręcono w niej tylko kilka scen, z których większość rozgrywa się w kościele św. Barnaby i na okolicznym placu. Podobna sceneria została wykorzystana w filmie Davida Leana Urlop w Wenecji z Katharine Hepburn. Aktorka w jednej ze scen wpada do kanału, przez co nabawiła się poważnej infekcji oka, zmagając się z nią do końca życia. Spielberg jako fan Leana być może nie przez przypadek umieścił akcję Indiany Jonesa w dokładnie takiej samej lokalizacji.

Moja ocena: 8/10

 

Mały romans (1979)

reż. George Roy Hill

Ekranowy debiut trzynastoletniej Diane Lane. Wygląda tu świeżo, zachwycająco i po prostu pięknie. Aż przykro patrzeć, co teraz ze sobą zrobiła, wstrzykując w twarz różne dziwne rzeczy. Akcja filmu początkowo dzieje się w Paryżu, gdzie młoda Amerykanka i niesforny Francuz, miłośnik kina, nawiązują niewinny romans. Jako że ona pochodzi z bogatej rodziny, a on to jedynie syn taksówkarza-alkoholika, ich znajomość nie jest zbyt przychylnie odbierana. Na dodatek rodzice młodej damy postanawiają powrócić do USA. Wówczas nasi bohaterowie decydują się razem uciec.

Gdzie? Oczywiście do Wenecji. Pomaga im w tym kieszonkowiec w sile wieku, grany przez fenomenalnego Lawrence’a Oliviera. Po drodze zatrzymują się również w Weronie, mieście sławnych kochanków. Jednak ostatecznym celem młodych uciekinierów jest pocałunek przy zachodzie słońca pod Mostem Westchnień. Przygód, kłopotów, zabawnych sytuacji i ładnych widoków będzie co nie miara. Choć film został nakręcony ponad 30 lat temu, ani trochę się nie zestarzał, a ja nawet dość poważnie wzruszyłam się na koniec.

Moja ocena: 7,5/10

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *