Bariery w podróży – blokada mentalna i językowa

Celem bloga od samego początku było propagowanie samotnych podróży, w szczególności tych kobiecych. Staram się pokazywać Wam na swoim przykładzie, że podróż w pojedynkę nie jest skomplikowana organizacyjnie, nie nadwyręża portfela i nie wiąże się z niebezpieczeństwami, o ile jest się osobą rozsądną i odpowiednio przygotowaną – także pod względem kultury i tradycji danego kraju. Ale nie chcąc koloryzować i przesadnie zachwalać samotnych eskapad, muszę wspomnieć o dwóch blokadach, jakie na Was czekają. Oto moje bariery w podróży.

 

Bariera mentalna

Pierwsza da o sobie znać jeszcze przed samym wyjazdem. Macie już wybrany kierunek, kupione bilety i zaczynacie głosić tę radosną wieść swoim znajomym i rodzinie. – ”Mamo, tato, jadę do Kambodży… na Karaiby… do Omanu… do Tanzanii…”. I wtedy zaczyna się litania pytań, seria stereotypów podszytych brakiem wiedzy oraz zdziwienie połączone z szokiem i przerażeniem malującymi się na twarzy. –„Ale jak to? Tak sam(a)?” –„Przecież tam trwa wojna, są katastrofy naturalne, a mrówki zjadają całe wioski”. –„Nie boisz się, że Cię porwą, ograbią, zgwałcą, wytną nerkę i na dodatek złamią nogę?”. Tylko nieliczni mówią, że Cię podziwiają, ale ten podziw jest nieco zafałszowany i raczej mają Cię za wariata i desperata aniżeli gwiazdę rocka lub Martynę Wojciechowską.

Wasze otoczenie zapewne nie zauważy podstawowej wartości, jaka wiąże się z podróżami w pojedynkę – można robić co się chce, kiedy się chce i jak się chce. Jest się sobie sterem i okrętem. Ludzie wybierają się samotnie w podróż nie dlatego, że nie mają z kim jechać (no, może niektórzy), ale po to, aby zmienić siebie i spojrzeć na swoje życie i świat z innej perspektywy. Zaręczam Wam, że jak zmierzycie się z tymi wszystkimi głosami przestrogi i czarnymi scenariuszami, które będą płynąć od wszystkich wokół i pomimo nich dalej będziecie czuć, że ta wyprawa nie jest ponad Wasze siły i naprawdę jej chcecie, to jedna z dwóch najtrudniejszych kwestii będzie już za Wami.

 

Bariera językowa

Wcześniej napisałam (o tu), że zawsze staram się nauczyć choć podstaw języka kraju, do którego jadę. W czasie jednej z moich podróży spotkałam dziewczynę, która wyśmiała takie podejście, bo przecież nie sposób nauczyć się chińskiego, kirgiskiego, hebrajskiego, portugalskiego i dziesiątek innych języków. No i miała rację. Ale kto mi zabroni, skoro mam taki kaprys?;) Choć przyznaję, że najlepiej opanować jedynie angielski, francuski i hiszpański, a wtedy będziemy mogli się skomunikować z niemal całym światem. Jednak są takie miejsca, gdzie nikt, naprawdę NIKT nie będzie znał słowa ani po angielsku, ani po francusku, a tym bardziej po hiszpańsku. Dla mnie sensem podróżowania jest trafianie właśnie do takich miejsc. Dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa przygoda.

Publikuję ten wpis, napisany dużo wcześniej, będąc na wakacjach w Tajlandii i Kambodży. Przed wylotem nie zaopatrzyłam się w rozmówki i nie próbowałam nauczyć się podstawowych zwrotów. Tego, jak powiedzieć „dziękuję”, a jak się przywitać, dowiedziałam się już na miejscu. Język khmerski i tajski są zupełnie niepodobne do tych, z jakimi wcześniej miałam do czynienia, więc stwierdziłam, że tym razem odpuszczę sobie wyzwania językowe. Dopiero w Azji tak naprawdę poczułam, że bariera komunikacyjna jest jedną z największych przeszkód w podróżowaniu. Ale i ją da się pokonać. Przede wszystkim należy uzbroić się w spokój, uśmiech i pozytywne nastawienie. Przyda się też odrobina wyobraźni i cierpliwości, gdy trzeba po kilka razy odgrywać tę samą pantomimę. Ale prędzej czy później dogadacie się… bez słów!

Jako wegetarianka miałam problem z kupowaniem jedzenia na ulicy. Nie chciałam cały czas wybierać droższych restauracji dla turystów. Niekiedy udało się mi wytłumaczyć, że mają być tylko warzywa, innym razem – zwłaszcza w Kambodży – było to trudne. Więc narysowałam na kartce przekreślone udko z kurczaka, rybę oraz kurę i w ten sposób próbowałam przekazać moje bezmięsne menu. Ale przyznam się szczerze, że było mi naprawdę głupio z powodu nieznajomości choć podstawowych zwrotów. Przed następnym wyjazdem do Tajlandii postaram się przyswoić dużo więcej słów. Bo nie chodzi o to, aby mówić całymi zdaniami, ale by sprawiać radość mieszkańcom takimi drobnymi zlepkami pojedynczych wyrazów.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *